ul. Królewska 94, 30-079 KRAKÓW                    Tel. / fax: 12 636 85 84                       e-mail: fson@idn.org.pl
 

backstrona główna spis treścist


 Uwaga - innowacja: wystarczy nieznacznie ruszyć rolką myszki, by uruchomić samoczynne przesuwanie strony w górę.
Ułatwi to czytanie dłuższych tekstów bez użycia rąk!
Podobnie działające urządzenie o nazwie "prompter" używają np. prezenterzy wiadomości telewizyjnych. Co o tym sądzicie?





Spis treści:

Grażyna Paprocka  - MOJE MYŚLI KREUJĄ MOJE ŻYCIE
Anna Muzyka-Walawender  -  WIERSZE
Katarzyna Warachim  -  PANI OLGA
Katarzyna Warachim   -  WIERSZE
Maria Natasza Solarz  -  WIERSZE
Rafał Orlewski  -  UCIEKŁO
Maria Wołczyńska  -  WIERSZ
Marta Pawlicka-Włóka  -  WIERSZE
Jurata Bogna Serafińska   -   OD MALARSTWA DO ŁÓŻKA
Lilla Latus   -   WIERSZE.
Zygfryd Dziekański  -  SPOWIEDŹ SKAZAŃCA
Wiesław Drynda  -  WIERSZE
Tadeusz Łukasiewicz Tigran -  MOLO W SOPOCIE, UPADEK IKARA
Tadeusz Łukasiewicz Tigran  -  WIERSZE
Artur Krużycki  -  DOTYK ŚWIADOMOŚCI
Irena Stopierzyńska  -  WIERSZE
Iwona Rybicka  -  ***

Autorzy prac plastycznych reprodukowanych w numerze:

I strona okładki:   Krzysztof Jagoda
II strona okładki:  GALERIA KWARTALNIKA – Krzysztof Jagoda
Jan Piaskowski  -  KOPIA WG E. GŁOWACKIEGO PT. JULIAN TUWIM Z LIRĄ
Sebastian Szafarczyk  -  LINORYTY
Jan Piaskowski  -  ***, ***
Leokadia Korzeń  -  WYCINANKI
Jan Piaskowski  -  MARTWA NATURA
Jan Piaskowski  -  MARTWA NATURA
Krzysztof Kozłowski  -  WTAJEMNICZENIE
Henryk Markiewicz  - ***
Andrzej Pawlak  -  LANCKORONA
Barbara Bełdowicz  -  ***
Barbara Bełdowicz  -  ***
Zbigniew Wołkowicz  -  LANCKORONA
Bogumiła Baliczek  -  MARTWA NATURA

III  strona okładki:  GALERIA KWARTALNIKA – Krzysztof Jagoda
IV  strona okładki:  Krzysztof Jagoda                                 



Grażyna Paprocka

MOJE MYŚLI KREUJĄ MOJE ŻYCIE

„Panie, Ty wiesz lepiej aniżeli ja sam, że się starzeję i pewnego dnia będę stary. Zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji. Odbierz mi chęć prostowania każdemu jego ścieżek. Uczyń mnie poważnym, lecz nie ponurym, czynnym, lecz nienarzucającym się. Szkoda mi nie spożytkować wielkich zasobów mądrości, jakie posiadam, ale Ty, Panie, wiesz, że chciałbym zachować do końca paru przyjaciół. Wyzwól mój umysł od niekończącego brnięcia w szczegóły i daj mi skrzydeł, bym w lot przechodził do rzeczy. Zamknij mi usta w przedmiocie mych niedomagań i cierpień, w miarę jak ich przybywa, a chęć wyliczania ich staje się z upływem lat coraz słodsza. Nie proszę o łaskę rozkoszowania się opowieściami o cudzych cierpieniach, ale daj mi cierpliwość wysłuchania ich. Nie śmiem Cię prosić o lepszą pamięć, ale proszę Cię o większą pokorę i mniej niezachwianą pewność, gdy moje wspomnienia wydają się sprzeczne z cudzymi. Użycz mi chwalebnego poczu­cia, że czasami mogę się mylić. Zachowaj mnie miłym dla ludzi, choć z niektórym z nich doprawdy trudno wytrzymać. Nie chcę być świętym, ale zgryźliwi starcy - to jedno ze szczytów osiągnięć szatana. Daj mi zdolność dostrzegania dobrych rzeczy w nieoczekiwanych miejscach i niespodziewanych zalet w ludziach. Daj mi, Panie, łaskę mówienia im o tym (...)"

św. Tomasz z Akwinu

Ten fragment modlitwy św. Tomasza znajduje się przy jego grobie w Tuluzie i wart jest przytoczenia w niedługiej w końcu całości. Znajduję w łych słowach pokorę dla moich i innych ludzi słabości. Uświadamiają mi, że w tym świecie dane zostało mi cenne życie wraz z więzami, które łączą mnie z rodzicami, rodzeństwem, nauczycielami i uczniami, przyjaciółmi i znajomymi. Do spełnionego życia będzie mnie prowadzić szlifowanie samego siebie w takich właśnie związkach i doskonalenie samej siebie poprzez własne wysiłki. Nigdy więcej nie powtórzy się moje życie w takim samym wymiarze. Dlatego cenię sobie z całego serca związki z ludźmi, które zostały mi dane. Nie muszę wyrażać swoich opinii. Nie muszę błyszczeć. Nie muszę za wszelką cenę zaznaczać swojego istnienia. Po prostu jestem obecna. Ze szczerością i uwagą - słucham innych, często wzruszając się ich opowieściami. Ludzie bowiem gromadzą się wokół tego, kto ich naprawdę słucha. Pamiętam, że to, co daję, zostanie mi zwrócone, a zemsta na wrogach uderzy we mnie. Nie jestem pochlebcą, nie kłaniam się innym w pas. Uczciwie i z dumą wyrażam siebie słowami, czynami i postawami. Nie odpowiadam arogancją na arogancję, sarkazmem na sarkazm, pogardą na pogardę. Bez względu na to, jak inni zachowują się wobec mnie, zawsze staram się odpowiadać miłością, ciepłem i życzliwym sercem. Nie lituję się nad chorymi, samotnymi, czy słabymi. Każdy z nich ma swoją dumę, a litość wywołuje przeciwną reakcję. Ludzie chorują i są nieszczęśliwi, ponieważ nie chcą otworzyć się na innych i trwają w zamknięciu. Tak, jak wszyscy pragną wyzwolić swoje serce. Aby to mogło nastąpić, ważne jest, żeby nie ranić ich dumy.

Inni to inni, ja to ja. Nie porównuję siebie z innymi. To daje mi wolność. Gdy inni mnie ranią, znieważają lub robią ze mnie głupca, nie obrażam się na nich. To się na nic nie zda. Za to staram się wyjaśnić, dlaczego mi to robią. Nie tłumaczę się. Przyznaję się z pokorą do swoich błędów i przepraszam, gdy kogoś ranię. Nie przerzucam na innych odpowiedzialności za swoje czyny. Nie ranię samej siebie ani innych niepotrzebnie, wyolbrzymiając błędy, które ja, czy ktoś inny popełnił. Natomiast staram się w innych dostrzegać ich dobre cechy. Przebaczenie zawsze niesie ulgę. Uwalnia moje serce od nienawiści, prowadzi mnie ku wolności i pokojowi. Może się wydawać, rzeczy aktu przebaczenia dokonuję dla dobra innych, ale w rzeczywistości dokonuję go wyłącznie dla siebie: oznacza to wygnanie z serca antypatii, gniewu i wrogości.

Mam przyjaciół, przed którymi mogę z zaufaniem otworzyć serce i podzielić się swoim bólem tak, jak oni dzielą się ze mną swoim. Mam do nich zaufanie, które można mierzyć szczerością. Zaufania nie można zastąpić perfekcyjnością w pracy, bystrym intelektem ani głęboką wrażliwością. Zaufanie wzbudzają ci ludzie, którzy mają charakter i odnoszą się do innych z niezachwianą szczerością. Brak przyjaciół, samotność, są stanem niespełnienia serca. Jeśli wnoszę coś w życie innych, nie odczuwam w sercu samotności. Kiedy rozumiem cudze serce, wtedy mogę poznać swoje prawdziwe Ja. Wiem, że moje myśli kreują moje życie: jak myślę, takim człowiekiem się staję, To moje własne nastawienie, mój sposób patrzenia na rzeczy sprawia, że coś się pogarsza albo wydaje się gorsze, niż jest. Pamiętam, że rzeczy mają złe strony, gdy ja je w ten sposób spostrzegam. Zło nie istnieje, wszystko z natury swojej jest dobre, i ode mnie tylko zależy, co z tym zrobię i czy dobro nie zmieni się w zło.

Usiłuję walczyć z moimi negatywnymi emocjami, unikając stwierdzeń: "do niczego", "nie da się", "Nie!", "nędzny", "głupi", ,,nie lubię", "chcę umrzeć", itp. Zamieniam je na emocje pozytywne, Myślę więc: "na pewno mi się uda", "lubię wszystkich", "będę pożyteczna dla innych", "wszystko z pewnością zmieni się na lepsze", "wszystko w porządku", "wydostanę się z tego", "nigdy nie będę uciekać przed problemami", "stawię czoła sytuacji". Jeżeli zawsze będę obawiać się porażki, na pewno przegram. Jeżeli będę starać się myśleć o rzeczach radosnych i dających szczęście, zachowywać się tak pogodnie, jak tylko się da, to z pewnością pewnego dnia stanę się szczęśliwa.

Każda myśl, czyn albo słowo, które wyślę w świat, trwa wiecznie. Takie jest prawo tego świata. Myśli, czyny i słowa mają moc przyciągania wszelkich elementów niezbędnych, aby stały się one konkretną rzeczywistością. To one są odpowiedzialne za mój los - dobry, czy też zły. Ostre słowa, nawet wypowiadane dla czyjegoś dobra, wywołują u ludzi negatywne reakcje. Dlatego kultywuję empatię, aby umieć zrozumieć ból innego człowieka. Mówienie wyłącznie słów miłości oznacza, że ich energia działa w kierunku tego, co pozytywne. Oznacza to mówienie o szczęściu, pomyślności i zdrowiu, a unikanie mówienia o nieszczęściu, chorobie, ubóstwie itp. Słowo żyje, jest energią.

Staram się nie żyć przeszłością Każde jutro jest absolutnie nowe, a przyszłość właśnie się zaczyna. Jeśli jednak ograniczę się własnymi myślami i uczuciami, jeśli nie zechcę przebaczać i będę stale odświeżać wspomnienia tego, co było - to nigdy nie zaznam prawdziwego spokoju. Przeszłość minęła bezpowrotnie. Dzień dzisiejszy jest rezultatem dnia wczorajszego, a zarazem przyczyną jutrzejszego. Każda chwila jest nową chwilą Żeby żyć, nie wolno mi ani na moment tracić nadziei. Muszę zrobić wszystko, aby zrealizować swoje nadzieje. Gdy jestem blisko ich utraty, pamiętam, że moje nadzieje nigdy mnie nie zdradzą To tylko ja mogę je zdradzić poprzez ich zaniechanie. Tak jak marzenia - nadzieje spełniają się wtedy, gdy nie będę się tego spodziewać, ich spełnienie jest absolutnie pewne. Nadzieje i marzenia uruchamiają odporność na zło. W momencie, gdy się poddam, wszystko się zawali.

Każda istota ludzka poszukuje miłości, pragnie być zrozumiana. Nic tak nie boli, jak brak miłości i zrozumienia ze strony innych. Jeśli taki stan trwa zbyt długo, tracimy nadzieję. A bez niej żyć nie można. Bycie kochanym daje prawdziwą radość i nadaje życiu sens. Jest to możliwe tylko wtedy, gdy ja potrafię kochać i rozumieć innych, Najpierw trzeba dać, -aby móc dostać.

Wszyscy możemy pójść taką drogą życia, na jaką się zdecydujemy. Będziemy szczęśliwi, jeśli tylko zechcemy. Zdobędziemy tyle, ile zechcemy. Będziemy zdrowi, jeśli tak postanowimy. Rzeczy niemożliwe mogą się spełnić nawet poprzez ich niespełnienie. Uświadamiam sobie swoje ograniczoności i mam odwagę przyznać się do nich. Nie boję się powiedzieć; nie wiem, błądzę, pomyliłam się, przepraszam. Te odwagę i garść refleksji, z którymi odważnie dzielę się z innymi, zaczerpnęłam właśnie ze słów św. Tomasza z Akwinu.



Anna Muzyka-Walawender



Poeta pyta

Czy było warto Galileuszu
piąć się przez opór
ociemniałych z pychy
by sięgnąć gór aż na Ksieżycu…

Czy było warto Kazimierzu Wielki
sen o ojczyżnie murowanej ziścić
kiedy ją dziobią kruki i wrony
współczesnej nienawiści…

Czy było warto Cyprianie Kamilu
takie układać słów meandry
i tak ukochać okruszynę chleba
by w ciszy przytułku dźwigać cień pogardy…

A ciało i duszę
złożyć w ofierze biało-czerwonej
Pospolitej Rzeczy
czy warto było
kiedy historia sobie i faktom
nawzajem przeczy…

Czy było warto – kiedyś przyjacielu –
tak mnie poranić światłem lampy
że cisza gęstrza zalegla od krwi
nienawiść w tobie płonęła czy wstyd?

Czy było warto
iskry odwagi w sobie rozniecać
kiedy o wymiar bólu płomienia
pyta dziś tylko poeta...


Na Olimpie życia

Melpomena z rozpaczy
popada w depresję –
syn przedawkował i się powiesił

Euterpe oswaja
tajniki klawiatury by miłość wystukać
na: olimpkropkaajlawjumałpahepiend

Terpsychora w lokalu „Pod Smutnym Aniołem”
tańczy na rurze –
przerwała szkołę

Klio nie może
obronić doktoratu
próbowała historię oddzielić od fałszu

Talia handluje
w butiku second-hand

i dzienny utarg zanosi do kasyna

Kalliope pisze biały wierszem
pamiętnik dla wnuka
który nie przybędzie

Urania próbuje
wyklętym i złaknionym
wywróżyć szczęście ze znaczonych kart

A Polihymnia? Ona milczy
cerując struny zdartych gardeł
by wznowić mogły prawą pieśń

Erato tylko jest szczęśliwa
syta kochankiem jak udanym wersem
odsypia w słońcu zarwana noc.






Wiatr i my


          słychać wiatr

          słychać wiatr w naszych sercach

          pootwierał na oścież komory

          i zastawek spokojny zakłócił rytm

          tętnica nie nadąża

          przetaczać wartkiej krwi

          białe krwinki płyną czerwienia

          a czewone tańczą jakj śnieg

          odstaw, proszę, odstaw ten cardiamid

          niech się burzy w nas chociaż krew




Katarzyna Warachim
 

PANI OLGA

 

Pani Olga dziś już wychodzi do domu. Cały personel cieszy się z wyleczenia Pani Olgi. Cały personel oprócz mnie…

Pani Olga siedzi w pokoju zajęć i robi bukieciki z suszonych liści. To w geście podziękowania za troskliwą opiekę i jakże udane leczenie. Pani Olga nauczyła się robienia różnych ręcznych robótek na terapii zajęciowej.

Wczoraj wszystkie panie robiły kasztanowe ludki z małymi czapeczkami z żołędzi. A dzień wcześniej pszczółki z rolek po papierze toaletowym i bibułki. Wykonywanie precyzyjnych, malutkich elementów często wymaga niezbędnych narzędzi – nożyczek, dłutka czy pęsety. Jednak nasze pacjentki musza sobie poradzić bez tego. Na oddziale są przecież panie, w rękach których podobne akcesoria mogłyby stać się kolejny raz narzędziami zbrodni.

Wszystkie te własnoręcznie wykonane szkadzadzieństwa będą wystawione na licytacji pod koniec tygodnia, a dochód z niej nasze pacjentki przekażą dzieciom z oddziału drugiego. To taki socjoterapeutyczny gest. Dzięki podobnym aukcjom nasze panie czują się jeszcze komuś potrzebne. Są doceniane przez małych pacjentów, którzy za te kilka złotych mogą sobie kupić słodycze w szpitalnym sklepiku.

Pani Olga w ogóle się nie uśmiecha. Ale chodzi spokojna, wyprostowana. Całymi popołudniami siedzi przy oknie i patrzy przez zakratowane szyby. Czyta.

Nocami Pani Olga nie śpi. Leży cichutko bez ruchu i myśli jak to będzie po opuszczeniu szpitala. Obmyśla plan, szczegół po szczególe. Tym razem przecież nie może wszystkiego zepsuć. Teraz już bardziej się postara. Nie może zawieść Władysława. Przecież on tam na nią czeka…

Pani Olga udaje, że śpi, gdyż nasz personel jest bardzo wyczulony na takie podejrzane zachowania. Świadczą one o tym, ze pacjent nadal wymaga hospitalizacji. A przecież Pani Olga chce jak najszybciej wyjść do domu. Zażywa więc posłusznie zapisane leki, chodzi punktualnie na basen i na masaże oraz codziennie uczestniczy w zajęciach plastycznych, które według terapeutów bardzo uspokajają i wyciszają skołatane nerwy.

W każdą środę Pani Olga wychodzi na spacer, poza obręb szpitala. Nie sama, o nie. Z Panią Olgą wychodzi terapeutka. Z nią i z siedmioma innymi pacjentkami. Pani Olga unika wychodzenia do miasta, wśród ludzi. Symuluje wówczas ból głowy albo skręcenie kostki. Ale musi być wtedy czujna, bo personel staje się uczulony i podejrzliwy na podobne wykręty.

Pani Olga najbardziej lubi chodzić na pola rozciągające się za szpitalem. Grzebie rękami w ziemi, podnosi jej grudki i wącha je przymykając oczy. Albo tuli się do drzew i - narażając się na uszczypliwe uwagi koleżanek - dotyka ustami kory. Jednak terapeutka – pani Małgosia, nie pozwala Pani Oldze stać długo w takiej pozycji. Usiłuje nakłonić pacjentki do zbierania wszystkiego, z czego później, podczas zajęć w świetlicy, będzie można zrobić coś pożytecznego i – jej zdaniem – ładnego.

Panie zbierają więc liście, drobne gałązki, szyszki, kamyki i kawałeczki konarów. Rzadko jednak dają się namówić na ćwiczenia na powietrzu. Twierdzą, że nie są wariatkami, żeby fikać fikołki na dworze, przy ludziach. A w szpitalu psychiatrycznym znalazły się przez przypadek i tak już niedługo wyjdą.

Pamiętam jak przywieźli Panią Olgę. To był wtorek, pamiętam, miałam wtedy 12 godzinny dyżur. Zdziwiło mnie, że przywieziono ją od razu do nas, a nie do zwykłego miejskiego szpitala, jak to się z reguły dzieje w takich przypadkach. Kobieta miała na sobie odświętną granatową sukienkę, w duże czerwone malwy, albo nie, to były raczej róże, i czerwone szklane koraliki. Na nogach Pani Olgi lśniły czerwone buciki, co zaskakiwało nieco u kobiety w tym wieku… Na rękach – czerwone koronkowe rękawiczki. Siwe króciutko przycięte włosy ozdabiała czerwona spinka z motylkiem. Babunia jak z bajki – pomyślałam wtedy. Więc dlaczego?... 

Sukienka starszej pani była poplamiona zaschniętymi wymiocinami. Kobieta nie miała przy sobie żadnych dokumentów. Ale sąsiedzi, którzy ją znaleźli i wezwali karetkę twierdzili, że ma na imię Olga.

Pani Olga, emerytowana nauczycielka, od lat mieszkała sama. Nie miała najprawdopodobniej żadnej bliższej rodziny. Nikt do mniej nie przyjeżdżał, nikt jej nie odwiedzał. Za to ona regularnie gdzieś wyjeżdżała. Ale to przed laty. Przez 25 lat, w każdy wtorek i każdy piątek Pani Olga wychodziła rano z domu i wracała późnym wieczorem, albo nazajutrz rano. A od jakichś pięciu lat Pani Olga też wychodziła. I też we wtorki i piątki. Regularnie, jak w zegarku. Zmieniło się tylko to, że miała ze sobą zawsze bukiet świeżych kwiatów i wracała nieco wcześniej. Ale sąsiedzi dziwili się i tak, że taka starsza osoba nie boi się wracać do domu po nocy…

Zastanawiające było, że pani Olga wszystkie niedziele i święta spędzała w domu, sama. Nie dała się nigdy zaprosić przez sąsiadów. Odmawiała zazwyczaj uprzejmie, ale stanowczo. Nie reagowała na ich nalegania. W Wigilię w pokoju pani Olgi świeciła się tylko świeca. Pani Olga nie obchodziła świąt. Sąsiedzi potępiali ją za to, że nigdy nie widzieli jej w kościele. Zachodzili w głowę, gdzie starsza pani wychodzi tak systematycznie w każdy wtorek i piątek. Sąsiadki w tej samej klatki schodowej spotykały się na placu zabaw i podczas, gdy ich wnuczkowie bawili się w piaskownicy, plotkowały o tym, gdzie też to ta „stara panna” może tak jeździć. Kobiety obmawiały panią Olgę, że pewnie coś z nią nie tak, skoro nawet żaden chłop jej nie chciał, nie ma męża, choćby najgorszego, ani nawet jakiegoś bękarta, co już świadczyłoby o wzięciu u mężczyzn. Któryś z sąsiadów poszedł kiedyś dyskretnie za panią Olgą. Doszedł za nią aż na dworzec PKSu. Tam kobieta rozpłynęła się we wnętrzu jednego z autobusów. Na tym ginął podjęty trop… 

Dzisiaj mija miesiąc od dnia przyjęcia Pani Olgi do naszego szpitala. Przez ten czas przyglądałam się tej starszej kobiecie. Wydawała się spokojna, ale jej wypłowiałe oczy kryły w sobie jakąś tajemnicę. Rzadko zdarza się, by 75 letnia kobieta, pozornie zdrowa i sprawna, usiłowała popełnić samobójstwo. Pani Olga bowiem, równo miesiąc temu, zażyła całe opakowanie diazepamu i reladormu. Do tego połknęła cały zapas przeterminowanych lekarstw ze swojej domowej apteczki. Popiła to wszystko własnej roboty nalewką z orzechów na spirytusie. Wcześniej jednak pani Olga zaryglowała drzwi i ułożyła się równiuteńko na łóżku.

Panią Olgę znaleźli sąsiedzi, zaniepokojeni tym, że starsza pani nie wychodzi z domu, a jest przecież wtorek… Pukania do drzwi nie przyniosły rezultatu, więc pan Edek spod 4 i Jasiak z kilkunastoletnim synem z pierwszego piętra wybili okno w kuchni pani Olgi. Weszli. Pierwszy panią Olgę zauważył Jasiak, to on też zadzwonił po pogotowie. Obaj mężczyźni wynieśli kobietę w kocu przez okno, bo nie potrafili znaleźć klucza do drzwi. Gdy przyjechała karetka panią Olgę leżącą na trawie otaczał wianuszek gapiów z osiedla, matki zasłaniały oczy dzieciom, ujadały psy. „Doigrała się” – brzmiały komentarze. „Zawsze była jakaś dziwna, siedziała ciągle w domu i czytała tylko te swoje książki”. „Jeździła, jeździła i se wyjeździła, patrz pani…”. „Bóg ją pokarał”. Syn Jasiaka chował za plecami jakiś kawałek papieru… 

Rozpoznanie w karcie choroby pani Olgi utrzymywało silną depresję ze skłonnościami do autoagresji. Nic jednak nie wskazuje na taki stan… Pani Oldze lekarz przepisał leki antydepresyjne. To zwyczajowa procedura przy niedoszłych samobójcach.

 Dwa dni temu przyszedł do pani Olgi młody Jasiak. Przyniósł jej kradzione gdzieś po drodze papierówki i bukiecik polnych kwiatków. Pani Olga nie chciała go jednak przyjąć. Młody Jasiak przyniósł więc to wszystko do mnie, do dyżurki. Poprosił, żebym jej to oddała, od niego. Wychodząc wręczył mi grubą szarą kopertę, którą znalazł pod łóżkiem, w domu pani Olgi, miesiąc temu. Koperta była zaklejona. Widniał na niej napis „Dla W.C.”. Śmieszne inicjały – pomyślałam. W środku był list napisany drżącą ręką pani Olgi. Moja ciekawość wzięła górę nad dobrym wychowaniem, które zabrania czytania cudzej korespondencji: 

„Kochany MÓJ, najdroższy Władysławie!!!

Jestem już starą brzydką kobietą. Starą i słabą. Kończą mi się siły, by żyć tak dłużej. Żyć bez Ciebie. Trzydzieści lat, to kawał czasu. 25 lat z Tobą, 5 bez Ciebie. Twoje dzieci mają już ze 30 lat, są dorosłe. Może mają już nawet własne dzieci… Może byłbyś teraz dziadkiem. A ja – gdybyśmy mieli swoje dzieci – byłabym być może babcią. Ale to zabawnie brzmi, prawda? Ale nie było mi dane poczuć, czym jest macierzyństwo. I już nie będzie. Mój zegar biologiczny zatrzymał się wiele lat temu. Pamiętam jak się wtedy cieszyłeś, że nie będziemy musieli już tak uważać. Ja – przepłakałam wtedy całą noc. Zrozumiałam, że już nigdy nie poczuję tego, co czuje matka, co czuła Twoja żona. Ale Ty o niczym nie wiedziałeś, nie znosiłeś, gdy płakałam, więc robiłam to w samotności, po powrocie od Ciebie. Żebyś tylko się nie martwił. Miałeś przecież dosyć swoich problemów.

Pamiętam, jak się martwiłeś, gdy Twoja córeczka była w szpitalu, wiesz, wtedy, gdy spadła z rowerka. Z tego, który razem wybieraliśmy, pamiętasz? Ile wtedy miała latek, chyba 5? Nie, skończyła 6, bo przecież miała iść od września do szkoły. Miała wtedy złamaną rękę i uszkodzony wzrok. Pomagałam załatwić miejsce w klinice okulistycznej. Byłeś wtedy taki przerażony, taki bezbronny. Dorosły mężczyzna, ojciec małej dziewczynki.

Pamiętam też ten dzień, kiedy pierwszy raz mnie pocałowałeś, pamiętam wszystko, jakby to było wczoraj. To był wtorek. Tak jak dzisiaj. Wróciłam do domu na miękkich nogach, miałam wrażenie jakbym zsiadła właśnie z karuzeli. Mój Boże, jak ja się wtedy bałam, bałam się tego, co będzie, gdy dowie się o nas Twoja żona. Ale ona nigdy się nie dowiedziała, prawda? Byliśmy ostrożni. Czekałam na Twój telefon, a później spotykaliśmy się w jakimś odległym, neutralnym miejscu. I wtedy było cudownie. Nie istniało nic oprócz nas. Wilgotniałam na samą myśl, że za chwilę Cię dotknę… Rzucaliśmy się na siebie jak para nastolatków, a przecież już dawno nastolatkami nie byliśmy. Kochaliśmy się dziko, namiętnie albo powoli i z czułością. Wchodziłeś we mnie z taką pasją, że czasem obawiałam się czy to nie jest jakaś złość na to, co mogłoby być…

Potem rozmawialiśmy całą noc. Tak było na początku. Później musiałeś wracać do domu coraz wcześniej, więc nie miałam innego wyjścia - wystarczało mi tych parę godzin reglamentowanego szczęścia. Zdarzało się, że dłużej jechałam na umówione miejsce, niż byliśmy razem. Ale i tak było warto.

Na początku w ogóle nie przypuszczaliśmy, że nasza znajomość przetrwa tyle lat. Tzn. raczej Ty nie przypuszczałeś, bo ja… Ja wiedziałam, że już nigdy nikogo nie pokocham tak jak Ciebie. Wiedziałam, że to Ty jesteś mężczyzną, na którego czekałam tyle lat…I że po Tobie nie będzie nikogo innego. Od samego początku, od dnia naszego poznania, musiałam się liczyć z tym, że masz rodzinę i nigdy („nigdy”, to słowo znienawidzone przeze mnie) nie będę mogła liczyć, nie mam prawa, liczyć na nic więcej. I godziłam się na to przez tyle lat.

Najgorsze zawsze były święta i moje urodziny. Spędzałam je sama. W Wigilię nie świeciłam nawet światła. Siedziałam przy małej świeczce, piłam wino albo nalewkę własnej roboty i wyobrażałam sobie jak też tam spędzacie święta u Ciebie w domu. Czy podobają się prezenty, które razem wybieraliśmy. Czy Twoja żona jest zadowolona z zapachu perfum…Widziałam oczami wyobraźni, jak przechodzisz przez przedpokój zerkając ukradkiem na telefon. Wiedziałam, że myślałeś o mnie, bo myślałeś, prawda? I bałeś się, że nie wytrzymam kiedyś i zadzwonię. A tego byś mi nie wybaczył… Czekałeś więc, aż reszta rodziny pójdzie na świąteczny spacer. Wtedy wykręcałeś się zmęczeniem albo niestrawnością i zostawałeś w domu. I dzwoniłeś, pospiesznie, ukradkiem. Boże, jak ja czekałam na te chwile! Opowiadałeś mi jak jest, jak dzieci zareagowały na prezenty, co jecie i o czym rozmawialiście przy stole. A ja słuchałam intonowanych słów, chłonęłam każde Twoje zdanie, Twój oddech, odgłos przełykanej śliny. Słuchałam …i łykałam łzy, bezgłośnie.

Od lat mieliśmy taką niepisaną umowę ze sobą, taką grę – ja udawałam, że nie płaczę, Ty udawałeś, że nie słyszysz jak łamie mi się głos. Udawało nam się tyle czasu.

Nienawidziłam świąt. Nienawidziłam urodzin. Swoich urodzin, bo Twoje celebrowałam na swój własny sposób. Pamiętałam o nich zawsze. O urodzinach Twoich dzieci też. Czasem udawało mi się przekonać Cię o zakupie jakiegoś prezentu dla nich, który oficjalnie był oczywiście od Ciebie.

Co roku musiałam tłumaczyć sąsiadom, że wyjeżdżam na całe święta do dalszej rodziny i nie będę mogła przyjąć ich zaproszenia. Siedziałam cichutko, przy zgaszonym świetle. Ale czasem zdarzało się, że nie mogłeś zadzwonić i to było najgorsze. Wyobrażałam sobie, że coś Ci się stało, że zachorowałeś i siedziałam całe święta ze słuchawką w ręku. Chodziłam z nią nawet do łazienki, żeby tylko nie przeoczyć dzwonka. Ten telefon przenośny kupiłam sobie zaraz po tym, jak się poznaliśmy. Chodziłam coraz bardziej pijana i z całych sił powstrzymywałam się, żeby nie zadzwonić.

Z roku na rok stawałam się coraz smutniejsza. Czas odmierzałam spotkaniami z Tobą i Twoimi telefonami. Lato mijało mi niepostrzeżenie, rok mijał za rokiem. Twoje dzieci rosły. Zdawały z klasy do klasy, zaliczały egzaminy. Wszystko, co nie było związane z Tobą przestawało mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie. Koleżanki z pracy miały mnie za dziwaka. Pytały często, dlaczego nie wiążę się z kimś. Odpowiadałam im pół żartem, pół serio, że wszyscy, na których zależałoby mi są już dawno zajęci. Czasem mówiły mi, że jakoś tak inaczej wyglądam, ładniej, promienniej. Pytały wtedy, czy aby się nie zakochałam, a ja odpowiadałam, zgodnie z prawdą, że tak. Tylko one nie wiedziały, że zakochiwałam się w Tobie i to po każdym naszym spotkaniu na nowo. Mówiły mi z troską, że szkoda mnie, że życie przecieka mi przez palce…Cóż one wiedziały o życiu, o prawdziwej miłości. Gdyby tylko Cię poznały, zrozumiałyby mnie. Ale żadna z nich nigdy Ciebie nie poznała. Nie mogłam się Tobą nikomu pochwalić. Chociaż często chciało mi się krzyczeć ze szczęścia. Albo z rozpaczy, gdy nie przyjeżdżałeś na umówione spotkanie. Jechałam wtedy do lasu, poza miasto. Szłam na skrawek najdalej położony od drogi i…krzyczałam. Płakałam czasem aż do utraty sił. I gryzłam ręce, do krwi. I wiesz, nawet nie czułam bólu. Później musiałam bandażować nabrzmiałe opuchlizną nadgarstki i przez jakiś czas nosić bluzki z długim rękawem. Niezależnie od pogody. To także było postrzegane jako moje dziwactwo. 

Nasze spotkania z roku na rok były coraz krótsze. Czasem dzwoniłeś do mnie do hotelu, gdzie czekałam wypatrując Cię z okna. Dzwoniłeś i mówiłeś, że nie możesz przyjechać. A to któreś z dzieci zachorowało, a to żona niespodziewanie wyjeżdżała na delegację i ktoś przecież musiał zostać w domu. Czasem zwyczajnie brakowało Ci na bilet, bo wszystkie pieniądze odłożone na wyjazd wydałeś na dentystę dla któregoś z nich. Ja oczywiście musiałam to zrozumieć. Nie mogłeś przecież okradać własnych dzieci. Tak zawsze mówiłeś.

 I rozumiałam, ale dużo mnie ta moja wyrozumiałość kosztowała. Nie potrafiłam tylko pojąć, dlaczego nigdy nie chciałeś wziąć pieniędzy ode mnie. Nie chciałeś ich nawet ode mnie pożyczyć, a ja przecież zawsze miałam coś odłożone, na wypadek nagłego jakiegoś naszego spotkania czy wspólnego wyjazdu.

Boże, „wspólnego wyjazdu”, który…nigdy, przez ten cały czas nie doszedł do skutku. A ja przez te wszystkie lata nie przestałam wierzyć, że kiedyś to nastąpi… Przez tyle lat, nigdy nigdzie razem nie wyjechaliśmy na dłużej niż na jeden dzień. Co wtedy powiedziałbyś żonie? Że gdzie nocujesz? Twoje wymówki, tłumaczenia musiałby być wiarygodne. To przecież dla naszego dobra…

Kochany mój, najcudowniejszy…Już dłużej nie dam rady odwiedzać Twojego grobu. Czyścić go i zmieniać kwiaty. Przyjeżdżałam, tak jak dawniej, w każdy wtorek i piątek. Jeździłam tyle kilometrów, żeby Ciebie odwiedzić. Ciebie, nie Twój grób, bo tak zawsze o tym myślałam. Wiem, że Twoja żona wyszła drugi raz za mąż i wyjechała gdzieś na Pojezierze. Wasze dzieci rozjechały się po świecie. Przez 5 lat nie spotkałam na cmentarzu nikogo z Twoich bliskich. A raczej powinnam to nazwać z rodziny, bo czy oni byli Ci bliscy skoro zapomnieli?...

Każdy powrót z cmentarza to jest dla mnie koszmar. Przyjeżdżam i wchodząc do domu sprawdzam czy ktoś nie zostawił wiadomości na sekretarce. Czy Ty nie dzwoniłeś….

Nie mam siły dłużej tak żyć. Uwierz, bardzo się starałam, ale już nie dam rady. Wiem, że potępiłbyś to, co chce zrobić, bo przecież kochałeś mnie za to, ze jestem silna. Nie znosiłeś tchórzostwa, gardziłeś nim… A ja dla Ciebie musiałam być zawsze silna. Mówiłeś przecież, że to ja właśnie daję Ci swoją siłę. Podziwiałeś mnie za to, że tyle lat znosiłam ten nasz dziwny układ. Żartowałeś, że jestem twarda jak Roman Bratny. Ale ja tylko udawałam taką. Udawałam, żeby Cię nie stracić, żebyś któregoś dnia nie powiedział mi, że odchodzisz…No i nie powiedziałeś, nie zdążyłeś…A ja nic wtedy nie zrobiłam, bo przecież obiecałam Ci…

Wybacz mi. Nie jestem widocznie na tyle silna, by patrzeć jak moje-niczyje ciało starzeje się z dnia na dzień, z roku na rok. Niedotykane, niepieszczone przez nikogo, przez Ciebie…

Jedyna myśl, jaką teraz mam w sobie, to myśl o naszym rychłym spotkaniu. Mam nadzieję, że się uda, jak nie teraz to następnym razem…Gdziekolwiek jesteś - czekaj na mnie… 

                                                                       Twoja tylko Olga” 

Pani Olga dziś już wychodzi do domu. Cały personel cieszy się z wyleczenia Pani Olgi. Cały personel oprócz mnie…








Katarzyna Warachim      
 


Penelopa

 
czuje jak siwieje jej dusza
nerw za nerwem
rok za rokiem
kruszeje chryzelefantyna

obumiera życie pod palcami
sierocej cieśniny Magellana


***

spadają anioły
jak u mistrza Chagalla
łapiemy je do kapelusza
ukradkiem
pospiesznie chowamy
na gorsze czasy

***

moja miłość jest ślepa
słucha Bacha
i jak rośnie trawa
pije wytrawne wino z Sartrem
ze starym poczciwym Marquezem
od stu lat jest po imieniu

zapytana czy czuje to samo
tak to nie
odpowiada


Maria Natasza Solarz


***

Śnieg jest

nierzeczywisty

jest za lekki

samochody

jeżdżą

w transie narkotycznym

różowe latarnie

mają smak

mleczy
wiosennych
ptaki
przestały
zabiegać
o prawa do życia
wystraszone idee
kryją się w zaułkach
olejnych ulic
clown z internetu
ogłasza alarm
minionego świata



Wściekłość  pozorów

Nie znam
wspomnień
dziś i jutro
zabija
pamięć
niekiedy budzi
do życia
świtem
rozpacz w oczach
zwierząt
wściekłość pozorów
powodzie pamięci
„gwałtowne wylewy
przynoszą więcej
życia
niż go zabijają”
to BBC
przerażenie
w oczach
zwierząt
świtem
Nie znam
wspomnień
dziś i jutro
zabijają pamięć


***

administratorzy

chorej wyobraźni

wędrówki dusz

altruizmu

zimna noc

bez jutra

siedlisko chorej

duszy

zdalnie administrowanej
odpowiedź na
radar
monitor
multimedialny świat
rozumne słowa
ptaki druku
pozostałe
po „róży galaktyki Gutenberga”
zimny świat
chorej wyobraźni







Rafał Orlewski 

                          UCIEKŁO                                 

Naprawdę chciałam tu powrócić. Miałam dość tego przypisania czyjąś odgórną decyzją do pracy w kolejnej wsi, mieszkania kątem u "gospodarza", monotonii życia codziennego, "ważnych" zebrań mie­szkańców o sprawach ani mnie nie interesujących, ani tei nie mają­cych nic wspólnego z moją pracą, słowem - dość wegetowania w tym świecie obcym i - przynajmniej dla mnie - zabitym deskami. Pragnę­łam więc powrócić. To przecież moje miasto. Rodzinne... Jakie to ciepłe słowo - jak powietrze w rozgrzanym pokoju, do którego wcho­dzi się wprost z mrozu.

Miasto rodzinne, rodzinne strony, dom... Sama czułość. Do­tyk matczynej dłoni w chorobie. -Albo niepokój w oczach ojca: w czyje ramiona składasz swój los? Czy on, ten przystojny mężczyzna dyskretnie ukrywający czujność w spojrzeniu, zastąpi mi syna, któ­rym Bóg mnie nie obdarzył? Marzyłem: dorośniesz - przyprowadzisz mi syna. Cudze dziecko, a przecież stanie się także moim. Prawda?

Tak kiedyś zwierzył mi się - ojciec. A ty nic nie mówisz, mój mężczyzno, bo nie znasz moich myśli, moich dumań, jak to nazy­wasz. Czasami nawet się irytujesz, że zbyt długo milczę. Wtedy wy­starczy przewidzieć twoją reakcję, która za każdym razem różni się tylko pozornie. Zaczynasz od pytań - podziwiam twój wysiłek, tyle ich stawiasz. Wiem, że ten mój podziw jest okrucieństwem, lecz ja także się męczę, milcząc. Muszę milczeć. Gdybym na te py­ tania odpowiadała... po co, jeszcze jedna rozmowa więcej, podczas której starałbyś się mnie przekonywać. Boję się twego przekonywa­ nia, jest takie jak ty - trudno mu się oprzeć. Dać się przekonać to ulec. Cóż z tego, że masz rację?

Przyjmuję lawinę twoich pytań jak ktoś, na kogo pada deszcz. Jakie znaczenie mają wówczas poszczególne krople? Nie odróżniam już tych pytań, stapiają się w jedno, na które powinnam odpowie­dzieć choćby dlatego, żeby nie stwarzać podejrzeń. One są twoją następną reakcją i przybierają różną formę - od szczerej troski o stan mojego samopoczucia po misternie skonstruowane "haczyki" tro­piące mój rzekomy, potajemny romans. Czy to może mi się zdarzyć? Bzdura - poza twoją wyobraźnią, zazdrością bez przyczyny. Skąd u mężczyzn bierze się zazdrość? Przynajmniej ty powinieneś być od niej wolny. Wiesz o mnie wszystko. Zwłaszcza to, co już się stało. Nieodwracalnie.

Zdaję sobie sprawę z tego, że cię krzywdzę. Nie zasłużyłeś na to, by twoją troskę, twoje zainteresowanie mną pomijać milcze­niem. Zresztą wiesz, że było inaczej. Do niedawna. Do owego smut­nego wieczoru. Wtedy jeszcze wierzyłam, że to nic groźnego. Jak dużo wiemy o sobie, kiedy dorastamy! Potem - coraz mniej. Nazwał­byś to paradoksem, wytłumaczył, na czym on polega, więcej - pró­bowałbyś znaleźć wyjście z sytuacji, byleby mnie pocieszyć.

Tym razem wyjścia nie ma, a ja i bez ciebie wiem, że nic mnie nie pocieszy. Dopiero teraz o tym wiem. Cóż z tego, że dora­stając byłam taka mądra. Potrafiłam równocześnie połykać wiedzę z książek i chwytać życie na gorąco. Z niedawnej perspektywy mogę się tylko dziwić: skąd miałam tyle czasu i chęci na tysiące spraw, o które bynajmniej nie pytano w szkole? Odwrotnie - trzeba było się wykazać niebywałą zręcznością i przebiegłością wobec doro­słych, zwłaszcza wobec rodziców, którzy w okresie naszego dojrze­wania nagle przypominają sobie o szczególnych swych obowiązkach i - zaczynają tropić. Jak to ładnie usprawiedliwiają, a może tylko motywuj~: z niepokoju o naszą przyszłość.

To znaczy o co? Czasem boją się skandalu obyczajowego, na przykład nieślubnego dziecka, gdy się jest córką - taki typ myśle­nia rodziców, wbrew pozorom, nie przeminął. Gdy mają syna, niepo­koje zmieniają jedynie formę: z kim on się spotyka, czy się z jakąś nie zadaje, a w skrytość ducha: czy ta jakaś ma mie­szkanie oraz intratny zawód. Obaw jest wiele i jakkolwiek je na­zywać, sprowadzają się do pytania: jak się urządzisz, córko, synu? Tu niezbędne i nigdy nie przeoczone przypomnienie, niekiedy sta­jące się wręcz wypomnieniem: dobrze się urządzisz, prawda? Wycho­waliśmy cię przecież, staraliśmy się,. wszystko dla ciebie, więc...

Wszystko? Często nawet za dużo. Ale nie wszystko. W każdym razie najmniej tego, co najważniejsze - jak żyć. Nie jedynie - za ile żyć. Jakie będzie moje wnętrze, moje JA wobec siebie, wobec drugiego człowieka. Nie tylko: jak być prawym, dobrym, uczciwym. I jeszcze: co przede mną może ukrywać mój organizm, moje ciało ­przecież raz tylko istniejące, niepow-tarzalne.

Widzisz, mój zatroskany albo zirytowany mężczyzno, nie tyl­ko ciebie krzywdzę. Jestem podła dla nich, dla rodziców, kochając ich mocniej niż w dzieciństwie, bo dojrzalej. Co więcej, krzywdzę tych wszystkich rodziców, którzy już zdołali wysłać swoje dzieci w podróż po życiu. Wiem, jak byś to ocenił. Ze mówię jak nastolat­ka, której w ułatwianym dorastaniu nagle coś się wymknęło z rąk i teraz ma pretensje do całego świata. Do tamtego wieczoru ocenia­łabym, siebie tak samo. Dzisiaj już nie. Dlatego milczę.

Niekiedy nachodzi mnie zwątpienie, czy to dobrze, że milczę, Inaczej - czy powinnam milczeć. Może trzeba krzyczeć? Może osunąć

się matce do nóg, oprzeć głowę na kolanach, tych wysłużonych czę­ściach kończyn dolnych (cóż za obrzydliwy język książkowej mądro­ści, a tak się nim zachwycałam!), kończyn zmęczonych dźwiganiem mnie, kiedy nazywałam się płodem, klęczeniem przy myciu podłóg i klęczeniem na kamiennych posadzkach kościołów, kiedy chciała mo­dlitwą wydrzeć mnie śmierci stale ocierającej się o mnie we wcze­snym dzieciństwie, i strudzonych codziennym bieganiem wokół kuch­ni, staniem w kolejkach po zakupy, i coraz rzadziej dotykanych starzejącymi się dłońmi ojca - a przecież ciągle dla mnie najmil­szych. Może położyć głowę ze zdruzgotanymi myślami i wykrzyczeć je głośno, bezlitośnie dla siebie i otoczenia, jeszcze raz wylaćcałą gorycz, jaka mnie trawi...

Może trzeba mocno chwycić ojca za ręce,stwardniałe bardziej od czterdziestoletniej pracy w hucie niż z powodu nadchodzącej starości, spojrzeć prosto w jego oczy, chronicznie już zaczerwie­nione od wydmuchiwania szklanych kształtów, kiedy w hucie był for­mierzem szkła, oczy wyblakłe i siwe bardziej niż włosy. Może zbli­żyć się, poczuć jego krótki, dusznicowy oddech starego hutnika, niegdyś zapamiętałego w "szklanej" robocie, kochającego ją chyba silniej od domowego ogniska, gdzie nie było wymarzonego syna, w którym żyłaby dalej jego krew i przędłużyła się rodzinno-hutnicza tradycja. Więc stanąć przy ojcu-hutniku, dzisiaj już tylko emery­cie i pokonując dławienie w gardle, zapytać: - W co wyposażyłeś swoją córkę na czas dorosłości? W wykształcenie, zawód, pracę?

W tak zwane dobre cechy charakteru? W urodę?

Spory jest ten posag jak na możliwości prostego człowieka. Jest w nim także twój robociarski życiorys. Ale powiem ci więcej, zanim zacznie mnie dławić świadomość własnego życiorysu, który od fatalnego wieczoru powinien należeć wyłącznie do mnie. Powiem ci więc, tatusiu, że zapewne bez swojej woli wyposażyłeś mnie w nad­mierne ukochanie dzieci. Wszystkich dzieci, lecz najbardziej wła­snego, którym miałam obdarzyć mojego mężczyznę, matkę i ciebie, ojcze, siebie. Przede wszystkim siebie!

Nie wasza wina, ojcze, matko, mój mężu. I nie moja. Niczyja. Dlaczego tak się stało? Przecież już je nosiłam - Niewinne Żyjątko medycznie nazywane płodem. Myślę o tym ciągle, jednym nieprzerwa­nym pasmem, którego nie zniszczą ani nie stłumią codzienne zaję­cia czy piętrzące się ważne - dla kogo? - sprawy. Serie pytań i zatroskane oczy mojego mężczyzny, z którym miałam stworzyć nowy, nieporównywalny z innymi, nasz dom rodzinny. A ono, niewinne, uciekło. Odeszło, ledwo zdążyło zaistnieć, nie zwracając na mnie, na moją przeznaczoną dla niego miłość i główny sens mego dorosłe­go życia - najmniejszej uwagi. Kim byłoby - synem, córką?

Poronienie. Szpital. Seria badań. Długie leczenie. I okrut­ny wyrok: nie mogę mieć, nie mogę u r o d z i ć dziecka, to by­ła jedyna szansa...

Tego wieczoru zamilkłam. Każde zdanie wypowiadane później stawało się zlepkiem pustych dźwięków podobnych do nieznanych ro­ślin, co pozbawione korzeni wyrastają na jałowej glebie tylko po to, żeby się od niej oderwać i pofrunąć we wnętrze ludzi, którzy mnie słuchają i obserwują. Muszą bowiem nasycić się moim nieszczę­ściem - ich to nie spotkało... mają dzieci! Najokrutniejsze są ko­biety, moje rówieśniczki pchające dumnie dziecięce wózki po chodnikach. Ścigają mnie spojrzeniem pełnym wyższości, że im się uda­ła odwieczna sztuka rodzenia, są więc wartościowsze ode mnie. Nie­kiedy zaczepiają mnie i zmuszają do wysłuchiwania spontanicznych i patetycznych relacji o swoich pociechach, ich urodzie i mądro­ści, ich koszulkach, rajtuzkach, pieluszkach. Promienieją z rado­ści, a ja czuję każde słowo jak igłę wbijaną mi żywcem w serce.

Widzisz to i znów próbujesz mi tłumaczyć, że zachowanie się tych kobiet jest zupełnie naturalne: nie byłabym inna w tej roli. Dlaczego to zauważasz? Gdybyś był nieczuły, obojętny, mogłabym mieć żal do ciebie, a może nawet uwierzyć, że twój męski egoizm jest powodem mojej udręki. Mogłabym cię znienawidzieć, a przez ciebie czuć nienawiść do wszystkich. I do siebie. Musiałabym przy­wyknąć do tego, że taka jestem, jaką się odczytuję między zdaniami koleżanek raczących mnie opowieściami o swoich bachorach: bezużyteczna jak suchy piasek w porównaniu z żyzną glebą, choć z piasku wypala się cegły, a z nich buduje domy dla ludzi i zwierząt, ba - nawet świątynie! I tu znalazłbyś argument, żem nie pasożyt, przeciwnie - moje wykształcenie, praca, stanowisko, jeszcze - uroda. Słowem - żyć, nie umierać. Szczapa drewna też jest pożyteczna, mo­żna nią rozpalić ognisko...

Lecz ja nie rozpaliłam ogniska. I nie rozpalę. Cierpisz z tego powodu, bo jeszcze masz nadzieję, oczekujesz. Czego, cudu? W tym przypadku cud się nie zdarzy. Natura obdarzyła mnie rolą ko­biety, wyznaczyła mi tę rolę, a to oznacza, że mam prawo... Chcę mieć to prawo. Słyszysz?! Po raz pierwszy opuszczasz głowę, jakbyś również stracił nadzieję, jakbyś, stał się mną. Obejmujesz mnie, starasz się uchwycić moje spojrzenie. Odwracam głowę. Masz niena­turalnie zachrypnięty głos:

- Przecież cię kocham! Czy to już nie ma znaczenia?







Marta Pawlicka-Włóka 



Dziewczyna z Gołębiem 

             (patrząc na rzeźbę S.M.)

Uwięziona w drewnie
z gołębiem
w uniesionych dłoniach
w których teraz gniazdo

Niemym spojrzeniem
pokonuje pamięć
o istnieniu drzewa

A może
trzymając ptaka nad głową
zwiastuje dygoczącemu światu
dzień



Rumak

 
Zamknięty w nieskończoności
broni się przed ujarzmieniem
w drewnie
kopytem trąca strunę wiatru
załamując ciszę

Dumnym drżeniem budzi
źrenice gwiazd
galopuje ku stepom

Gra krew



Obraz

 
Wtapia w cienie pokoju
słoneczne hołubce
rozsypuje jesienne liście
na próżno przywołując lato
które przeczuło biały sen
i wtuliło się w ciszę
okien chaty za drzewami
gdzie barwne motyle
ukrywają marzenia
a samotna gałąź
zaślubia pajęczynę

Słońce posuwistym krokiem
spaceruje po wrzosach
jesiennych ludzi



Jurata Bogna Serafińska

Od malarstwa do łóżka

Blok z wielkiej płyty... Szary blok...Taki twór istnieje w każdym dużym mieście i w małym miasteczku. Na peryferiach wielkich aglomeracji istnieją osiedlowe blokowiska. Bez względu na kolor farby jaką je pomalowano - wszystkie one naprawdę są szare... Szare bloki. Ale ludzie, którzy w nich mieszkają mają kolorowe sny i marzenia. W szarym bloku mieszkała pani Wnuczkowa, która związała się z Rudym i zapłaciła za to tym, że wylądowała w domu opieki, Kaśka, która dobrze zarabia, na czarno, a także pan Mruczysław artysta w różnych dziedzinach uważający się przede wszystkim za malarza.

Każdą z tych osób możemy znaleźć na którymś z pięter szarego bloku i o każdej z nich można by napisać przynajmniej małe opowiadanie... Tak właśnie zrobiłam. Poniżej opowiadanie o panu Mruczysławie.

Starszy pan. Siwy okularnik z wąsikiem. Przystojny, wysoki i szczupły. Jego ujmujący sposób bycia zachwyca wiele pań. - ach jaki inteligentny - wykrzykują. - I taki samotny - dodają po chwili. - A jakie ma ciekawe imię - ciągną dalej, bowiem starszy pan ma na imię Mruczysław.

Nawiasem mówiąc Mruczysław wcale nie uważa się za starszego pana. Dba o swoją kondycję i wygląd, ponieważ traktuje te atrybuty jak inwestycję w teraźniejszość i przyszłość.

Mruczysław nie musi pracować ani grać na giełdzie, aby mieć wszelkie dostępne luksusy świata tego. On po prostu stawia na... kobiety. Kilka lat temu owdowiał - nie kłamie, więc kiedy robi smutną minę i mówi o samotności obrzucając przy tym powłóczystym spojrzeniem damę, którą akurat adoruje. Zachowuje się elegancko i subtelnie. Tylko... nie zaprasza do kina, teatru, kawiarni. Nie zaprasza nigdzie, bo ma właśnie przejściowe trudności. Ale snuje miraże gdzie to już niedługo zaprosi damę swego serca. Poza tym roztacza wizję tego, jaki wspaniały obraz mógłby namalować, gdyby tylko pani zechciała mu pozować. Najlepiej nago dodaje cichym głosem, na lekkim przydechu, jakby się wstydził tego co mówi.

No i zgodnie z przewidywaniami Mruczysława - serce damy topnieje jak wosk. Dama omdlewa i zaprasza swego rycerza na obiad, kolację, a nawet śniadanie. Po śniadaniu czuje się już o wiele pewniej niż przed kolacją. I właśnie wtedy, kiedy obydwoje leżą w łóżku, zaczyna dzwonić komórka Mruczysława. Mruczek jest niby speszony, odpowiada monosylabami. W końcu zaczyna się pośpiesznie ubierać, przeprasza i wybiega powtarzając słowo syn, syn...
Dama czuje się zawiedziona, ale czeka i tęskni. Snuje plany na przyszłość. Marzy o tym, że kochanek naprawdę namaluje już niedługo jej przepiękny akt. - Na pewno potrafi to zrobić tak, że będę wyglądać młodo i powabnie - myśli i czerwieni się z radości. Po kilku godzinach daremnego oczekiwania dzwoni do swego amanta. I tu przykra niespodzianka. Jej (?) facet rozmawia lodowatym głosem. Wieczorem jednak przychodzi bez uprzedzenia i stara się być znowu najczulszym kochankiem. Tłumaczy, że syn (czterdziestolatek) nie może dojść do siebie po śmierci matki i on nie może mu w jego obecnym stanie przedstawić damy swego serca. To mogłoby go załamać. - Jeśli chcesz być ze mną - musimy być dyskretni - dodaje.
A więc żadnych wspólnych wyjść, żadnego pokazywania się publicznie. - Przecież tak nam tu dobrze - uśmiecha się ujmująco pałaszując ze smakiem kolację i popijając koniak, którego nie kupił. Mówiąc prawdę Mruczysław wszystko przyjmuje, ale niczego nie daje. Przynosi tylko... siebie, i to nigdy nie wiadomo na jak długo. Czasami deklaruje, że zostanie do rana, a wychodzi po godzinie z powodu tajemniczo dzwoniącej komórki. Z komórką się nie rozstaje i nigdy jej nie wyłącza. Zawsze odbiera, choćby zadzwoniła w trakcie najbardziej intymnych igraszek. Dama jest w rozterce. Mruczysław ją fascynuje, ale potrzebny jest jej nie tylko kochanek, ale i towarzysz, partner do spacerów i na wizyty do znajomych i silne męskie ramię podtrzymujące w codziennych trudach życia. Ale - postanawia być cierpliwa. Z jakim skutkiem?
Otóż po jakimś czasie prawda wychodzi na jaw. Mruczysław adoruje jednocześnie co najmniej trzy panie. Dokonuje selekcji. Wszystkie muszą być samotne i mieszkać w takiej odległości od niego aby mógł pokonać w kilka minut trasę ze swojego mieszkania. Wszystkie szczupłe i w podobnym wieku tzn. dziesięć do piętnastu lat młodsze od niego. Do tego jeszcze muszą być na odpowiednim poziomie intelektualnym, no i mieć chociaż tyle zasobów materialnych aby stać je było na dobre kolacyjki z alkoholem i na eleganckie prezenty. Aby wyeliminować ewentualne pomyłki nasz amant mówi do wszystkich dam swego serca jednakowo, zawsze ciepło - najczęściej "kochanie". Stosuje jeden dobrze opracowany szablon. Kiedyś w młodości studiował podobno psychologię i ta wiedza bardzo mu się przydaje.
Prawdę da się ukryć tylko do czasu, nasz amant dobrze o tym wie, więc po jakichś dwóch tygodniach romansu przyznaje się każdej z pań, że jest uwikłany w kłopoty finansowe i nie może się z tego powodu rozstać z poprzednią partnerką. Po prostu nie ma kasy, którą musiałby jej oddać. Płaciła za jego leczenie przez kilka miesięcy, doglądała go w chorobie i on nie ma sumienia aby teraz tak nagle z nią zerwać.
Takie wyznanie mydli oczy i wprawia aktualne ofiary w stan niemożności podjęcia właściwej decyzji. Niejedna chętnie pożyczyłaby kochankowi pieniądze potrzebne do pozbycia się rywalki. Jednak damy Wybierane przez Mruczysława są dość inteligentne. Podstarzały amant nie dostaje więc kasy. Chodzi jednak nadal na obiadki, kolacje i śniadanka. Kiedy chce - zostaje na noc. A jeśli zadzwoni najbogatsza z pań, czyli jego sponsorka - pędzi na łeb na szyję do siebie do domu...
Bo prawdopodobnie tylko ta najlepiej sytuowana dama - nie wie, że jest jedną z wielu. Nie wie i wiedzieć nie może, bo praktycznie Mruczysław jest cały czas na jej utrzymaniu. Ona jedna nie musi spełnia kryterium co do urody. Ale to za jej pieniądze starszy pan spędza co roku wakacje w zagranicznych luksusowych kurortach. To ona płaci jego rachunki. Pozostałe panie to już wiedzą, chociaż być może wolałyby nie wiedzieć. Czasami dla którejś z nich sytuacja staje się nieznośna i postanawia postawić kochankowi warunki. Oczywiście liczy na to, że wybierze on właśnie ją. Wtedy słyszy odpowiedź jakiej się nie spodziewała - Nie chcesz - twoja strata - oświadcza Mruczysław ze smutnym uśmiechem i odchodzi. W domu wyciąga listę kandydatek i zastawia sidła na kolejną samotną inteligentną i nienajgorzej sytuowaną. I gra zaczyna się od początku. Ta gra zajmuje Mruczkowi cały czas. Nie pamięta już kiedy ostatni raz malował. A może nigdy? Nie, to niemożliwe. Paniom bardzo imponuje, że jest artystą malarzem. A więc jest nim i będzie - przynajmniej w wyobraźni. Mruczysław zna Kaśkę mieszkającą piętro niżej. To osoba samotna, ale nie dla niego. Zbyt prosta, nieokrzesana, nie nadaje się do żadnej kulturalnej rozmowy, ani do gry miłosnej, no i do tego z rodziną. On ceni swą inteligencję i szuka pań wyłącznie na poziomie. Przeważnie są to malarki, dentystki, kustoszki muzeum...Ale wobec Kaśki też jest szarmancki. To mu się zawsze opłaci. Zrobił sobie u niej świecowanie uszu za pół ceny i kupuje czasem domowe kotleciki. Zarabia na tym, bo jego dobrze sytuowana dama zwraca mu za nie podwójną cenę. Ktoś mógłby zapytać na co Mruczkowi te dodatkowe pieniądze. Otóż ma on swoje sekrety. Wie dobrze, że jego powodzenie zależy od kondycji fizycznej i seksualnej. Chodzi więc w sekrecie na przeróżne terapie, musi mieć na wsżelki wypadek przeróżne środki pobudzające, a także najlepszego dentystę, masażystę, fryzjera od zagęszczania włosów, krawca... musi mieć wszystko, co tylko możliwe aby zatrzymać chociaż odrobinę bieg czasu.

Blok na peryferiach. Wygląda jak duże szare pudełko.. Mieszkają tu przeróżni ludzie. Na pierwszym piętrze Kaśka z matką i córką, na drugim artysta malarz, a na trzecim siwa starsza pani, którą sąsiedzi nazywają panią Wnuczkową. Ale to już zupełnie inna historia.

     
                              




Lilla Latus


Mumtaz Mahal

noszę w sobie 
nasze czternaste dziecko
dam mu życiecałe życie
dla mnie już nic
nie zostanie
a ty zbudujesz w Agrze
pomnik
prawie tak piękny jak
nasze siebi
ukochanie

każesz oślepić
głównego budowniczego
by nigdy nie zbudował
niczego piękniejszego

sati jest przywilejem kobiet
ty będziesz płonął
za każdym razem
gdy wspomnisz
Ozdobę Pałacu

wrócę ptakiem
którego przegonisz
za to że śmie
nosić czerń
moich włosów
wrócę żebraczką
którą odepchniesz
bo ośmieli się spojrzeć
na ciebie
pożądliwym wzrokiem

patrząc w przeszłość
będziesz spadał na głębokość
tysiąca umarłych pocałunków  

Wiersz zainspirowany widokiem
Taj Mahal w Agrze, w Indiach.




Teatr Osobnościowy

czyli mały wiersz  sceniczny  na dwie postaci i chór,  jakiego nie zdążył napisać Miron Białoszewski

CHÓR KORONCZAREK 
Ach, komu-komu głowa rozum przysposobi
                                i po sercu,
                                pomalutku,
                                po łyżeczce,
                                po troszeczku.
Idzie Mira , idzie, co zobaczy to
                              wyoczy,
pędzi Szewski-  Biało,
                          Dziarsko.
Już im razem jest nie czasem.

 MIRA (ukazuje się w oknie)
Szewski co poniedziałek jest mój. !Hej, na gzymsik!
Przy rynnie go czekam,
                        
cz-czkam.
Ko-ko-ronki na podwórzu mych marzeń
                                           marzeństwo,
                                           bezżeństwo  !och

CHÓR KORONCZAREK
Nie-ma !och Mira Szewskiego- ci dziś
                                      i o gzyms
                                            -no-no-no
                                                    marzeństwo
                                                           bezżeństwo

MIRA
Ko-Ko-Koronczarki! Na-którym-obłoku
Biało mój Szewski  !buja...

 
SZEWSKI ( z plastikową różą w dłoni)
Sio-sio jak siostry mi te  Koronczarki.
                                            ( Koronny argument!)
Biało-dziarsko- na gzyms
            (! tak ściennie ku górze)
Pierś-pierś-pierś
              !nooooo
              pierścień
              nie żadne tam-takie
Miro – bądź Szewska (klęka)  

CHÓR KORONCZAREK
...i biała !ach, tak biało Szewska
jak welon co marzeń waszych marzeństwo
rozbieli małżeńskim węzłem
                                -jakim węzłem?
Kokardą!zwią-
                  że-
                            uwią-
                                        że- 
(coraz ciszej)                             e

Wiesław Drynda



Czystość

Zatopić oczy w bezkres swej duszy,
By usłyszeć skargę serca smutnego.
A zła myśl uleci, ale cnót nie ruszy.
Zmieniając piętno słowa niemiłego.

Ruchem serca zaczerpnąć miłości.
Rozbijając życie w nurtach czasu.
Wylać momenty czarnych złości.
I każdą zdradę, w ciemności lasu.

Zdobywać uniesień dnia wyżyny.
W mocy ognia tęczowego słońca.
Wśród przyjaciół- serca drużyny.
Uczyć się żyć i kochać bez końca.

Mieć w sobie ciepło i ogień tęczy.
Kierować się dziecka marzeniem.
Jak wiarą zdobywać kontynenty.
Czuć czystość serca wspomnieniem.





Zygfryd Dziekański

 

Spowiedź skazańca

 

            Ostatni raz byłem na podwórku kiedy latem pomagałem żonie suszyć siano. Cofałem się na wózku i grabiami przerzucałem siano, by wyschło w gorących promieniach słońca... Zresztą od ponad trzydziestu lat aktywne uczestnictwo w pracach domowych i przydomo-wych było głównym elementem mojej samorehabilitacji. Po śmierci ojca, kiedy musiałem przejąć obowiązki utrzymania domu, razem z żoną przerobiliśmy tony żwiru przy remoncie rozlatujących się murów. Pomagałem żonie przy odnawianiu powozu, za co od znajomego dostaliśmy deski na remont zniszczonego balkonu. Zbudowaliśmy małą galerię z niepowta-rzalnymi pracami ojca rzemieślnika artysty. A wyczynem było pokrycie blachą garażu, z którego wiatr zerwał papę, kiedy żona wypychała mnie na górę po drabinie chociaż dopiero uczyłem się stawiać pierwsze kroki po trzecim paraliżu, spowodowanym tragicznymi powikłaniami pogrypowymi. Jak ptak, który wypadł z gniazda kolejny raz podrywałem się do wzlotu z boleśnie połamanymi skrzydłami... Gromadziłem materiał do swoich powieści nad którymi pracowałem, oraz poświęcałem się swojej rzeźbiarskiej pasji...

            Tym razem odpoczywałem często z powodu nasilającej się zadyszki, chociaż już obmyślałem sposób, by zimą na wózku odgarniać śnieg z podwórka...

            Wtedy też ostatni raz żona wypchała mnie na górę do grobu rodziców bym ostatni raz mógł zobaczyć zrobiony przeze mnie drewniany nagrobek...

            Potem coraz bardziej zmęczony zmagałem się z kolejnymi stronami mojej powieści... Najpierw opuchły mi nogi, szczególnie ta złamana ile lat temu, którą pół roku przygotowywano do amputacji... Potem podczas świąt zamiast się radować z narodzin Pana lub weselić się oczekując na Nowy Rok, jak ryba wyjęta z wody ledwo chwytałem powietrze... Lekarz skierował mnie do szpitala. Córka z zięciem szybko uszykowali samo-chód... A mi było coraz bardziej duszno. Przez otwarte usta rozpaczliwie pożerałem zmrożone do -20 stopni powietrze, którego coraz bardziej mi brakowało...

            - Przecież widać, że człowiek jest w bardzo ciężkim stanie i czekać nie może - oznajmiła stojąca obok rejestracji kobieta, gdy rejestratorka kazała czekać. Okazała się pielęgniarką idącą po pracy do domu. Kazała mnie wwieźć na oddział ratunkowy. - Doktorze!... Jest pan tu potrzebny!...  - zawołała.

            Podano tlen, lekarz kazał dać zastrzyk, potem drugi... Uspokajałem się nieco. Po godzinie zawieziono mnie na kardiologię... Umocowano mnie do mankietu ciśnieniomierza, oklejono czujnikami monitorującymi pracę serca. O północy wezwano chirurga, który ponad pół godziny mieszał w opuchliźnie by założyć cewnik. Kiedy po pół godzinie bezradnie stwierdził, że jest to niemożliwe, jakoś udało się go wcisnąć i cewnikiem popłynęła struga moczu... Rozpoczęła się szpitalna wegetacja... A za parawanem stękała stara kobieta, której wysiadało serce i czekała na zabieg wszczepienia rozrusznika.

            Rano wysunął się cewnik zaklinowany przez skrzepy, a lekarz nie chciał założyć nowego. Zapakowano mnie do "pełnoludzkiego" pampersa i zaczęły się wyścigi z kaczką, na sięgnięcie której pozostawało mi parę sekund, bo zastrzyki wymuszały częste sikanie, a nie chciałem leżeć mokry...

            Przed południem przyszła fizykoterapeutka w towarzystwie słuchaczy szkoły pielęgniarskiej i zaczęła się przed nimi popisywać jak to szybko ona postawi na nogi faceta, który nie chodzi!... Po ćwiczeniach oddechowych kazała mi stanąć obok łóżka. Pociemniało mi w oczach, ogarnęła mnie duszność...

            Koło południa przewieziono mnie razem z łóżkiem do dużej, siedmiołóżkowej sali i ułożono przy drzwiach, pod telewizorem, który grał po wrzuceniu dwóch złotych za jedną godzinę grania (abonament RTV 17 zł miesięcznie!).

            Tam następnego dnia dopadła mnie fizykoterapeutka z trzema studentami. Akurat owinięty kocem, gdyż po myciu nie założono mi nowego pampersa, jadłem śniadanie. Pokonując nie opuszczającą mnie do tej pory duszność poprosiłem ją o dzień przerwy, aby nie było tak jak wczoraj.

- Ma pan jakieś gacie, bo będziemy chodzić?! - spytała głosem nie znoszącym sprzeciwu popisując się przed studentami.

- Nie - odpowiedziałem zmagając się z twardym kawałkiem chleba, aż poczułem w ustach kawałek ułamanego zęba...

-  To w czym pan będzie chodził?

- Nie wiem - odpowiedziałem - ale mnie to już nie obchodzi...

-  Jak się pan do mnie odnosi!? - wybuchnęła, wyprosiła studentów i wyszła.

            No i wybuchła wielka afera... Dowiedziałem się, że napisałem i wysłałem gdzieś jakąś skargę na nich (chociaż nie mogłem w ręce utrzymać długopisu)... No i... Rano usłyszałem zbliżający się obchód i głos przerażonej ordynator: "A jak go wypiszemy i coś mu się stanie to znowu będzie na nas... "

            W poniedziałek córka przywiozła mnie do domu. Czułem się dobrze, nawet prosiłem o obrócenie monitora, aby z łóżka móc spróbować popracować nad swoją powieścią... Jednak nic z tego, bo coraz bardziej opuszczały mnie siły... Coraz bardziej nasilały się tragiczne skutki niewydolności serca i wody bulgocącej w płucach... Po kilku dniach znowu znalazłem się w szpitalu, na oddziale wewnętrznym, bo "tak gwałtownie mnie odwadniano, że poszły elektrolity"...

            Wieczorem przywieziono pacjenta w stanie przedagonalnym. Podłączony był do kroplówki, z sondą w nosie przez którą ściągano flegmę, umocowany był do maszynki dozującej lekarstwo, podrywającej wszystkich świdrującym w uszach piskiem... Rano ujrzałem młodą lekarkę stojącą przy jego łóżku i pielęgniarkę trzymającą mały ogarek palącej się świeczki. Po godzinie wszyscy wyszli z sali, a ja przykuty do łóżka musiałem na to patrzeć i przeżywać dramat ludzkiej śmierci... Pielęgniarki ładujące zmarłego na specjalny wózek i wyrzucające na podłogę stertę przeraźliwie śmierdzących rzeczy przeznaczonych do utylizacji, co chwilę musiały wyjść z sali by zaczerpnąć świeżego powietrza. W końcu pootwierano okna, a ja pożerałem wręcz hausty mroźnego powietrza.

            Przed południem zrobiło mi się potwornie zimno, lodowate dreszcze podrywały mnie na łóżku. Miałem wysoką temperaturę, podobno byłem mocno zmieniony na twarzy. Pielęgniarka zadzwoniła po żonę i córkę, które przyjechały wkrótce i przyznała, że wszystkim napędziłem sporo strachu...  A ja zacząłem się obawiać, że zmarły wybrał mnie na towarzysza w swojej drodze w zaświaty...

            Codziennie całymi dniami była przy mnie żona, wyręczała biały personel, karmiła mnie, oraz wytrwale masowała drętwe ciało i ćwiczyła  z bezwładnymi kończynami... Ale coraz bardziej tęs-kniłem za domem, gdzie z pewnością będę miał większe szanse na pokonywanie tragicznego bezruchu. Już cieszyłem się, że podobnie jak w pokonywaniu trzech poprzednich paraliżów poprzez rozwijanie aktywności życiowej uda się odzyskać chociaż część sprawności ruchowej... Po pierwszym paraliżu, kiedy ziemia miała skryć tragiczne skutki lekarskich błędów, z pomocą żony aktywnie uczestniczyłem w pracach domowych i przydomowych, prowadziłem aktywną działalność społeczną w utworzonym przez siebie klubie, pracowałem w pracowni ojca wyzwalając swoją artystyczną pasję, u boku żony chodziłem na wycieczki w góry, jeździłem samochodem... Po drugim paraliżu spowodowanym powikłaniami letniej grypy, kiedy on zmusił mnie do chodzenia do "sławojki" na podwórku, byłem jeszcze samochodem w Poznaniu, chodziłem w góry, chociaż dla mnie one bardzo urosły, a percie stały się bardziej niedostępne i dzikie... Po trzecim paraliżu spowodowanym epidemią grypy, kiedy otarłem się o śmierć, a tragiczne skutki zapalenia płuc opóźniły powrót do zdrowia, śmierć ojca zmusiła mnie do pokonania kalectwa przez tytaniczną ponad siły pracę. Żona szykowała mi miejsce pracy i pracowaliśmy ratując rozlatujący się dom doprowadzony do ruiny wywoływanymi przez niego waśniami... Znowu tworzyliśmy nadzieję o której powtarzałem w tysiącach listów do zagubionych gdzieś w krajobrazie kraju ludzi spisanych na straty, usiłujących samotnie pokonać swoje kalectwo. "Twoje listy mnie leczą" - pisali i chociaż dla jednych byłem idolem, byli też inni tłumaczący swoją bierność: "Ja niczego przy sobie nie mogę zrobić, bo mam pierwszą grupę inwalidzką", lub kategorycznie pisząc, że "Bóg pokarał mnie kalectwem, a ja nie będę przeciwstawiać się Jego woli"...

            W końcu po dwumiesięcznym pobycie w szpitalu pogotowie przywiozło mnie do domu. Ułożono mnie na specjalnie sprowadzonym w tym celu szpitalnym łóżku, podłączono tlen co było głównym warunkiem postawionym przez lekarzy... Rozpoczęły się żmudne ćwiczenia mające przywrócić mi sprawność po kolejnym tragicznym bezruchu. Cieszyły drobne postępy przypłacone trudną do opanowania dusznością i rozdzierającym bólem będących w zaniku mięśni. Po kilku dniach sadzano mnie na wózku, a po tygodniu zaskoczyłem lekarza, gdy wisząc na ramionach żony i córki ślamazarnymi kroczkami przemierzyłem pokój!...

            Dwa tygodnie później, kiedy żona wykonywała przy mnie niezbędne zabiegi i oczekiwaliśmy wizyty lekarza, który miał pobrać mi krew, nagle ktoś zapukał do drzwi. Żona pośpiesznie poszła otworzyć... Zamiast lekarza był on. Brutalnie odepchnął żonę i wdarł się do domu i dopiero na schodach warknął, że on teraz tu będzie mieszkać, bo on tu jest zameldowany, a nam "Jeszcze pokaże"!...

            Do naszego życia wdarł się on, człowiek, któ-ry nigdy nie hańbił się uczciwą pracą, bo jego pa-sją było szerzenie bezinteresownej nienawiści, skłócanie ludzi, bo w mętnej wodzie pływać łatwiej, oraz niszczenie efektów czyjejś pracy, który z domu robił burdel i pijacką melinę. Blisko trzynaście lat temu, po śmierci Ojca, który litościwie przyjął go pod swój dach, nie pierwszy już raz porzucił dom i rodzinę, gdyż pracować się nie chciało i wyjechał z kochanką w nieznane, gdzie kupili dom... Ale tam również pracować się nie chciało, więc potem były następne kochanki, hulaszcze życie... Aż w końcu przypomniał sobie o domu, z którego się nigdy wymeldować nie raczył.

            Kiedy przyjechał lekarz, wyszedł z notesem i zapisał numery rejestracyjne jego samochodu, a lekarzowi zrobił zdjęcie telefonem. Kiedy wieczorem do córki przyjechała koleżanka ze swoją córką, wypadł na korytarz i zaczął dziecko przesłuchiwać do kogo tam idzie i po co... Kazałem żonie pozamykać inne pomieszczenia, gdyż korzystając z mojej choroby zaczął terroryzować mieszkańców naszego domu. Człowiek, który całe swoje życie nie chciał nauczyć się prawidłowego posługiwania się narzędziami i uczciwej pracy, wprawnie posługiwał się łomem. I zaczęło się zajmowanie naszych pomieszczeń, wyrzucanie naszych rzeczy... Częste stały się interwencje policji. Przyjeżdżali, stwierdzali, że on tu meldo-wany, więc ma prawo... A trupów nie było, więc odjeżdżali.

            Za drzwiami zajmowanego przez niego po-mieszczenia całymi dniami i nocami słychać było charakterystyczny szum dmuchawy Farelki, a licznik kręcił się jak zwariowany nabijając kolejne kilowatogodziny, za które to ja muszę płacić. Zgłaszana na policję kradzież prądu nie odniosła żadnego skutku. Za to mieliśmy już trzykrotne kontrole mające stwierdzić czy nie pobieramy prądu z ominięciem licznika. Kontrole nic takiego nie stwierdziły, chociaż on wykrzykiwał przed domem do kontrolerów tak, by słyszeli ludzie przechodzący drogę, wyzywając nas od złodziei. Bo według niego każdy musi być złodziejem jak on... Wszędzie rozgłaszał, że ucięliśmy mu prąd i musi siedzieć w zimnie... To od czego rano miał zapa-rowane szyby i całymi dniami musiał otwierać okna?..

            Od samego początku dokonywał samowolnych przeróbek instalacji elektrycznej i powodował zwarcia pozbawiając nas prądu. Siebie również. Wtedy wzywał pogotowie energetyczne na nasz koszt, lub policję, aby zmienili mu bezpieczniki. Nie zapłacił za dziesięć naszych bezpieczników!...

            Policjanci w luźnej rozmowie radzili, aby odciąć mu światło skoro nie chce płacić. W elektrowni dali nam nawet listę elektryków, którzy mieli to zrobić!... Jednak odmówili wszyscy, bo pozbawienie złodzieja możliwości dalszej kradzieży zagrożone jest poważnymi sankcjami. Więc od pół roku bezczelnie i bezkarnie kradnie opłacany przeze mnie prąd i na to nie ma rady!!!... Policja przyjeżdża i odjeżdża, bo "trupów nie ma", a człowiek raz spisany na straty...

            Już na początku terroryzowania mieszkańców naszego domu (który ja razem z Ojcem wybudowałem, rozbudowywałem, remontowałem  i utrzymywałem), przez cały dzień słychać było lejącą się z kranu bez przerwy wodę. Po południu hydrofor nie chciał się już wyłączyć, gdyż wypompował wszystką wodę ze studni i zapowietrzyła się cała instalacja wodociągowa. Na szczęście była odwilż i zamarznięta ziemia, więc po dniu woda napłynęła do studni, a zięć naprawił hydrofor... Jednak dwa miesiące później, gdy sytuacja się powtórzyła, przez tydzień woda nie chciała napłynąć do studni. Wtedy policja sprawdzała czy mamy wodę, bo dostali donos, że pozbawiliśmy go wody. A my wodę do picia kupowaliśmy w sklepie, żona nosiła w wiadrach od sąsiadów, do mycia wodę nosiliśmy z potoku, do ubikacji łapaliśmy deszczówkę, a z praniem córka jeździła do znajomej... On nawet nie raczył spłukać po sobie we wspólnej ubikacji deszczówką zbieraną w tym celu. A ja muszę zapłacić za opróżnienie szamba...

            Któregoś dnia żona wyszła na korytarz by w ubikacji opróżnić "kaczkę". Usłyszałem huk na schodach, a przerażona żona wbiegła do izby i zamknęła drzwi na klucz. On włamywał się na poddasze i rzucił w żonę jakimś żelastwem, ale policji to nie interesuje, jak też zajęcie wyremontowanego przez nas balkonu czy włamanie na poddasze i przywłasz-czenie sobie mojego tapczana, wystawionego tam, by zrobić miejsce na szpitalne łóżko!... Policjantom bezczelnie oświadczył, że on i tak się włamie do pozostałych pomieszczeń... Zresztą kiedy kolejny raz ucinał przewody instalacji elektrycznej powodując kolejne zwarcia, by pozbawić nas prądu, i policjant poprosił go o chwilę rozmowy, bezczelnie oświadczył, że nie ma czasu bo musi dokończyć robotę!... Sprowadził sobie kochankę. Była tu dwa tygodnie, później miesiąc... Wtedy usiłował przejechać mojego zięcia stojącego na drodze, a jego kochanka robiła zdjęcia telefonem... Aż damski bokser wpadł w szał i zbił ją na kwaśne jabłko... No i z kolejną "narzeczoną" nie wyszło... W lipcu zaatakował mojego zięcia, który zwrócił mu uwagę, by sprzątnął szkodliwą dla zdrowia stertę śmieci ze wspólnego korytarza. "Ja was wszystkich wykończę, ja cię skurwysynu zabiję!!!" - krzyczał w obecności wezwanych na interwencję policjantów. No i siedzimy zamknięci w izbie jak w więzieniu. Nawet na ganek wywieźć mnie nie można, by nie zrzucił mnie ze schodów. Przez okno smętnie spoglądam na krzewy obsypane porzeczkami i agrestem, spoglądam na drzewka jakie wyhodowałem z pestek obsypane wiśniami... Wszędzie dobiegają odgłosy sianokosów,  a my będziemy musieli zlikwidować króliki i kury, do których żona wychodzi z domu pod strachem, gdy córka i zięć są w domu. Do Galerii z niepowtarzalnymi pracami Mistrza Rzemiosła Artystycznego tak licznie odwiedzanej, o czym świadczą wpisy do Księgi Pamiąt-kowej, z uwagi na bezpieczeństwo zwiedzających jest "zamknięta z powodu remontu"... Prośby o pomoc pozostają bez odpowiedzi, a chociaż już sam straciłem nadzieję, nie jestem kolejnym "pragnącym eutanazji"..


Tadeusz Łukasiewicz Tigran

WIECZÓR W PARKU

Widziałem go - tam
przed nocą
gdy ptaki nerwowo
z łopotem skrzydlatym
w gałęziach szukały noclegu.

I w mroku ukryty
pomiędzy drzewami
jego kroków znużonych
słuchałem

gdy znaki tajemne
jak pieczęcie milczenia
kładł nam na usta
przed snem.

I szeptów liści ostatnich
słuchałem
jak gdyby zamkniętych ust
bo pęknięte jest jego serce
choć o tym nie mówił nikomu.

Lecz jeśli chcesz
możesz w nie zajrzeć
- lecz tylko tak…
jak patrzy się nocą
- w głąb studni




JESIENNA SONATA

Gdy tego wieczoru
ostatni promień
przebił raz jeszcze
parkowe gęstwiny
jak gdyby szpadą
światła trafił go
prosto w serce.

A on - 
ani się zachwiał
ani nie upadł
choć czuł
że trochę umiera

I nie było koło niego
nikogo
Tylko jakieś dzieciaki
przebiegły obok
Ktoś na korze
ślad paznokci zostawił
i niedopałek
na mokrym asfalcie
………………....……
………..…..zasyczał.


NOC

 

Czemu się serce moje

wpatrujesz w tą uliczkę

pełną woni wieczoru

łagodnej pieśni zmierzchu.

Podchodzi noc - lecz inna

nie wrócisz w jej ramiona.

W zielonym gąszczu nocy

przeszedłeś furtę czasu

już dawno - już na zawsze

zamknąłeś ją za sobą.


                                                    Molo w Sopocie                                                    

 - Niewiarygodne, przecież tu już kończy się ziemia? - powiedział do siebie gdy zdumiony tym prostym, a przecież niezwykłym odkryciem stanął nad brzegiem morza.
Stał tak i długo patrzył próbując odgadnąć istotny sens tej sytuacji, w której się znaleźli.
Właśnie zerwał się ostry wiatr. On to poderwał do biegu dwa białe jachty, które jak myśliwskie charty, rzuciły się teraz do przodu rozcinając ostrzem dziobów granatowe wody Zatoki, by zostawić za sobą jak bezużyteczne białe wstęgi - jasne linie kilwaterów.
Jego zadumę i zapatrzenie w daleką przestrzeń przerwały radosne okrzyki licznej i głośnej rodziny, to gromadka maluchów usiłowała karmić stadko zawsze głodnych łabędzi.
Dzieci próbowały trafić okruszkami chleba prosto w otwarte dzioby ptaków, a ktoś z dorosłych, może ojciec usiłował uchwycić ten moment na zdjęciu jakimś zabytkowym aparatem, może przedwojennym Kodakiem.
Nagle jeden z tych  małych bąbli, rozpłakał się - to któryś z tych wielkich ptaszysków uszczypnął go boleśnie w paluszek.
- Jak będziesz mi płakał, to pójdziemy zaraz do domu, ale jak będziesz dzielny i nie będziesz się beksać, to pójdziemy szukać bursztynów „.
- Tato, - a kto zrobił bursztyny…? - spytał chłopczyk - cały już przejęty nadzieją na spotkanie z nieznaną przygodą.
- W tym miejscu, gdzie teraz jest morze, kiedyś rósł wielki las. Żywica z drzew tego lasu, zastygła przed wiekami w takie żółte kamyki, i to jest ten nasz bursztyn - powiedział ojciec.

I tak już w zgodzie i zadowoleniu cała gromada brodząc w płytkiej wodzie powędrowała ku białemu molu. A człowiek, który spojrzał w tamtym kierunku pomyślał: by życie uczynićpełniejszym - potrzeba zobaczyć w nim także trochę poezji - tej białej wstążki lądu rzuconej
tak bezinteresownie w morze - na tą granatowo aksamitną kołdrę, pod którą od dawna śpi wielki las.
I podjął tą myśl - jak cenną prawdę jak znalezioną jasną grudkę bursztynu i poszedł także ku molu.


Upadek Ikara

W ciepłe jesienne przedpołudnie dwóch mężczyzn stało nad brzegiem jeziora. Gdy oni zajęci rozmową palili papierosy, opodal mały chłopczyk bawił się rzucaniem kamyczków do wody. Kręgi fal, coraz to zmieniały swój kształt i podążały ku drugiemu brzegowi. W pewnej chwili zaniepokojony czymś chłopczyk podbiegł do ojca.
- Tatusiu - tam  koś wpadł do wody - i wskazał paluszkiem na środek jeziora.
- Gdzie…?
- Tam - tatusiu - tam !
- Eee….skąd nagle ktoś  mógł się tam znaleźć. Na pewno coś ci się przewidziało…
- Ale naprawdę! Ja to widziałem! On miał także duże białe skrzydła. On może potrzebuje pomocy?!
- On na pewno tylko tak się bawił - uspokoił go ojciec
- rzucaj sobie kamyczki, rzucaj syneczku.

Chłopczyk ponowił swoją zabawę, zauważył jednak ciekawe zjawisko. Było nim to, że kręgi fal, które spowodował przecinały się z tymi, które teraz napłynęły ze środka jeziora. Obserwował w wielkim skupieniu ich spotkanie, gdy przecinały swoje kształty i załamywały swe linie.
- Już teraz, nikt się nie dowie o tym panu z białymi skrzydłami - pomyślał z żalem. Papierosy w dłoniach mężczyzn leniwie palone dogasały powoli.
Starszy westchnął.
- Szkoda tych dni - na jutro zapowiadają już deszcz.
Na pożegnanie podali sobie dłonie i rzekli:  dowidzenia - dozobaczenia.

*

Tafla jeziora była równa jak szyba. Nic już nie zmąciło jej powierzchni. Gdzieś - hen w oddali - majestatyczny dźwięk dzwonu wzywał na Anioł Pański.
Jezioro woalem mgiełki nakryło daleki brzeg i jak gdyby skryło w sobie jakiś sekret.
Wracając do domu chłopczyk zobaczył na brzegu białe pióro, podniósł je z wody, przyjrzał
mu się uważnie i schował go do swojego pamiętnika.


spis treści





Artur Krużycki

 

DOTYK ŚWIADOMOŚCI

      Opisanie tzw. wielkiej osobowości zawsze nastręcza trudności. Problem polega na roztrząsaniu co danego człowieka wyniosło na wyżyny. Może tu chodzić o cechy charakteru, czy uzdolnienia, a może o jedno i o drugie. Wiadomo, żeby odnieść w życiu spektakularny sukces potrzebne są tak zdolności, jak i praca nad nimi.
         Darma (gdyż, tak się nazywał, a właściwie tym pseudonimem się przedstawiał) był z pochodzenia Hindusem.
Urodził się w Kalkucie, gdzie dorastał, uczył się, a potem studiował filozofię. Jego rodzina nie była dobrze sytuowana, dlatego Darma musiał często dorywczo pracować. Gdyby nie był geniuszem – i to w sensie dosłownym – to prawdopodobnie nie poradziłby sobie z nauką. Z wyglądu nie przestawiał się okazale. Posiadał drobną budowę ciała, a do tego miał delikatne rysy twarzy, tam znajdowały się duże, brązowe oczy. Posiadał długie, czarne włosy, które spinał ze sobą z tyłu głowy. Jego nos sprawiał wrażenie także subtelnego, a jego usta … ( wygląd nie jest tu aż tak ważny ).
Kiedy zaczął chodzić do szkoły średniej związał się z hinduskim filozofem Śri Yuktezwarem, na tzw. praktyki duchowe. Yuktezwar był charyzmatycznym starszym panem, który traktował Darmę jak syna. Jednak z drugiej strony był w stosunku do niego surowy, wymagający i w niczym mu niepobłażający.

Dla Darmy praktyki duchowe nie były rozrywką, a wręcz odwrotnie – ciężką harówą. Wielokrotnie wątpił czy przy swoim mistrzu zdoła ukończyć kurs. Mimo, że był geniuszem postępy robił powoli, ale na szczęście systematycznie. Gdy był ukresu wytrzymałości, wówczas Yuktezwar potrafił go zmotywować. Często mówił:

- Im więcej łez w Aszarmie, tym mniej potu i stresów w życiu.

I miał rację.

      Młody chłopak po latach był wdzięczny swojemu nauczycielowi za poświęcony mu czas        i wysiłek. Praktyki duchowe spowodowały, że Darma rozwinął swoją intuicję, dzięki której mógł (jeśli chciał) przenikać umysły innych ludzi. Mógł także przewidywać przyszłe zdarzenia i robić wiele innych rzeczy, które uchodzą za niewiarygodne. Jednak najważniejszą lekcją jaką otrzymał – to fakt panowania nad uczuciami. Będąc osobą wrażliwą, a może i nadwrażliwą miał kłopoty z wyrażaniem siebie. Czasem się złościł, innym razem czuł przygnębienie, w skutek czego izolował się od innych ludzi – zupełnie ich nie rozumiejąc.

Yuktezwar chcąc pomóc Darmie zrobił mu „emocjonalną burzę”, po której chłopak rozwinął w sobie współczucie dla wszelkiego stworzenia. Jego nastrój przestał być zależny od okoliczności, opinii innych ludzi, swoich pragnień, warunków bytowych.

***

Rozstanie z mistrzem przebiegało w dramatycznej atmosferze. Darma nie chcąc opuścić Aszramu zapierał się „rękoma i nogami”. Jednak na próżno. Starszy, charyzmatyczny pan nie chciał słuchać żadnych wyjaśnień i tłumaczeń. Kazał się pakować i wyjść za drzwi.Po latach chłopak wspominał:

- Teraz wiem czemu mistrz tak postąpił, ale wówczas tego nie rozumiałem. Na tamten czas mistrz wydawał mi się bezduszny.


Ostatnie słowa, czyli pożegnanie

Po opuszczeniu Aszramu, Darma nie wiedział co ze sobą począć. Zupełnie brakowało mu pomysłu na życie. Czuł pustkę i smutek. Kiedy trochę doszedł do siebie postanowił ruszyć w nieznane. Nie obierając jakiegoś konkretnego kierunku i celu włóczył się po całych Indiach. W tych jakby mistycznych podróżach odwiedzał duże miasta, wioski, ludzi mieszkających na uboczu, slumsy, ale także ludzi bogatych. Tam gdzie się pojawiał zawsze budził sensację. Był młody, uduchowiony, posiadał dużą wiedzę. Ludzie lgnęli do niego – niczym do świętego. On natomiast próbował ich podnieść na duchu. Nigdy nie demonstrował żadnych „fakirskich sztuczek”, żeby swoich wielbicieli ze sobą nie wiązać. Bardzo nie odpowiadała mu rola „autorytetu”.

- Jakim prawem mam tych ludzi pouczać – pytał sam siebie – w czym oni są gorsi ode mnie? Gdybym się urodził w tej wiosce, pewnie bym żył jak oni – konkludował. Nękany wątpliwościami postanowił wrócić do Kalkuty. Miał nadzieję, że spotka tam swojego mistrza. Był przekonany, że jego mistrz wskaże mu życiowy cel.

      Po przybyciu do swojego rodzinnego miasta spotkał mistrza, ale „nie swojego”. Jednak człowiek ten udzielił mu cennego pouczenia.

- Coś Cię trapi? – powiedział do Darmy.

- Nie, a właściwie … - rzekł Darma.

- Co, całe życie chciałbyś być uczniem Yuktezwara? Ja pamiętam czasy kiedy chodziłeś ze swoim mistrzem po Kalkucie. Teraz widzę Cię przygnębionego, pełnego wątpliwości i rozterek. Musisz wydorośleć! Jesteś tak jak ja mistrzem. Bycie mistrzem to też sztuka. Powiem więcej – to zobowiązanie między tobą, Absolutem i ludźmi potrzebującymi pomocy.

      Darma słysząc te słowa wpadł w szok. Z wrażenia aż zaniemówił. Jego duże oczy zrobiły się zupełnie wielkie i nieruchomo spoglądały na trzydziestoparoletniego człowieka. Po tych słowach coś się w chłopaku zmieniło. Raptem zrozumiał co chciałby robić w życiu. Wcześniej bał się komuś o tym mówić, a nawet uświadamiać.

- Jadę za granicę! – obwieścił triumfalnie Darma.

- Gdzie? – zapytał trzydziestoparolatek.

- Do Polski!!

- Tam! Przecież to na końcu świata! Można wiedzieć po co?

- Nie na końcu świata, tylko w Europie. Widzisz, ja podobnie jak ty nie popieram w naszym kraju budowania świątyń chrześcijańskich.       Z drugiej jednak strony chciałbym zgłębić tą religię. Polska natomiast kojarzy mi się z krajem typowo chrześcijańskim. Może dla tego, że Papież był Polakiem. Będąc tam na miejscu, wśród chrześcijan mógłbym lepiej zrozumieć to wyznanie. Uważam, że religie powinny ludzi jednoczyć, a nie dzielić! Chciałbym działać na rzecz zbliżenia naszej religii jak i chrześcijańskiej.

      Po owocnej dla Darmy rozmowie obaj młodzieńcy podali sobie ręce na pożegnanie, po czym się rozeszli.

 Na polskiej ziemi 

      Po przylocie do Polski Hindus zorientował się szybko, że nie jest to „kraj mlekiem i miodem płynący”. Zobaczył dobrze mu znane widoki , czyli pijanych biedaków na ulicach, naćpanych narkomanów na dworcach, bogaczy chcących się jeszcze bardziej wzbogacić, a co gorsze – neofaszystów – nazywanych potocznie skin headami. Natomiast społeczeństwo wydało mu się sfrustrowane, gdzie jeden nie cierpi drugiego.

- Jeśli to są chrześcijanie, to ja jestem poganin! – myślał z uporem – Aż dziw bierze, że z tego kraju pochodzi tak zacny człowiek jak Jan Paweł II. Zupełnie tego nie rozumiem.

     Około południa postanowił wrócić do schroniska dla bezdomnych – gdzie mieszkał. Mówiąc szczerze był głodny, a o tej porze podawano tam obiad Nie chcąc się spóźnić przyszedł przed czasem. Życie w schronisku przypominało mu trochę Aszram, więc dobrze tam się czuł. Nie musiał się o nic martwić. Jedzenie zawsze podano, wolne wyjścia na miasto były, umyć i wykąpać też się było gdzie. Jedynymi obowiązkami jakie mieli bezdomni to: sprzątanie schroniska, pielęgnowanie przydomowego ogródka, oraz wydawanie posiłków (tylko osoby dyżurujące). Dla Darmy taka dyscyplina – to praktycznie żadna.

      Któregoś dnia zawołał Darmę kierownik schroniska i rzekł krótko:

- Jeśli chcesz dalej u nas mieszkać musisz podjąć pracę. Jeśli nie, będę musiał cię skreślić z listy mieszkańców.

- Ja szanuję zasady tu obowiązujące i postaram się znaleźć sobie pracę.

Znalezienie pracy nie nastręczało mu wiele problemów, ponieważ był opanowany, spokojny, emanował chłodem, który gasił emocję drugiego człowieka. Należał do osób wyciszonych. To wszystko czyniło go wiarygodnym w oczach pracodawcy. Na pytania odpowiadał krótko, rzeczowo i nigdy nie kłamiąc, co również miało niebagatelne znaczenie. I tak Darma został sprzedawcą garniturów na stoisku w Centrum Handlowym  „Zrzeszenie Kupieckie”.

Feralna niedziela czyli przemiana duchowa Darmy

      Zjadłwszy obiad, Hindus postanowił uciąć sobie godzinkę relaksu. Położył się wygodnie  na łóżku i zamknął oczy. Kiedy tak leżał, powoli odizolowywał się od otoczenia, czyli sąsiadów z pokoju, oraz od innych odgłosów pojawiających się w schronisku. Był szczęśliwy, że to niedziela i może trochę się odprężyć, odpocząć. Czasami bywało gorzej. Musiał pracować w dni „wolne od pracy”. Jednak nie narzekał na robotę, gdyż uważał nawet najmniejszą pracę za wartościową i potrzebną. Kiedy już bardzo „pogłębił relaks” poczuł coś dziwnego. W jego intuicji pojawił się „jakby” niepokój. Na początku próbował z nim walczyć, lecz na próżno. Nie mogąc go pokonać zaczął go obserwować. Nagle odczuł jak owa tajemnicza siła nakazuje mu wstać i ruszać w drogę. Darma jednak sam już nie wiedział gdzie ma iść i po co?

Szybko poderwał się jak oparzony stając na równe nogi. W pośpiechu założył buty i palto, po czym prawie biegnąc opuścił schronisko. Zwolnił jedynie przed gabinetem opiekunów żeby poinformować ich o swoim wyjściu. Gdy znalazł się na dworze ruszył w teren. Szedł i szedł i sam nie wiedział dokąd. Przechodził przez duże ulice, małe uliczki, place zabaw dla dzieci, odwiedzał blokowiska, a kresu jego wędrówki nie było końca. Jednak Darma się tym nie zniechęcał i z jakimś maniakalnym uporem kontynuował swój marsz.

      Powoli nastawał zmierzch, robiło się szaro. W mieście poczęto zapalać latarnie uliczne. Chłopak spojrzał przed siebie. Jego wzrok zatrzymał się na oświetlonym moście. Z niedowierzaniem spojrzał po raz drugi. Na krawędzi mostu stał człowiek, starszy mężczyzna, który najwyraźniej chciał w ten sposób rozwiązać swoje problemy.

- Niewiarygodne! – pomyślał i wówczas stała się rzecz niezwykła. Uczucie niepokoju go opuściło, ale jednocześnie zalał go gorący pot. Wiedział, że nadchodzi godzina próby. Czy sprosta zadaniu? Czy pokona śmierć?

- Gdyby był teraz ze mną tutaj mój mistrz … - pomyślał – wiedziałby co robić! Jednak chwilę później pomyślał znów:

- Tu nie ma czasu na zastanawianie, trzeba działać! Młodzieniec wolnym krokiem ruszył w stronę mostu. Modląc się w duchu żeby czasem samobójca nie skoczył. W końcu człowiek stojący na moście zauważył „podchody” Darmy i krzyknął:

- Stój, bo skoczę!!!

- Zawsze zdążysz skoczyć! – rzekł chłopak.

- Ja nie żartuję!!!

- Ja też nie! – kontynuował – Zejdź i pogadamy!

- Nie!!! – powiedział stanowczo starszy człowiek. Po chwili samobójca wyczuł jak Darma obdarza go współczuciem z jakim wcześniej nie miał do czynienia. Do tego wszystkiego czuł emanujący spokój ducha. Chłopak wydał mu się przyjaźnie nastawiony. Te uczucia podziałały na samobójcę niczym zimny prysznic. Postanowił zejść z mostu i podejść do Hindusa.

- Nazywam się Darma.

- Michał. – odparł – Jesteś policyjnym psychologiem? – dodał.

- Nie.

- A kim?

- Kimś w rodzaju przechodnia. Może siądziemy? – zaproponował ratujący życie.

- Dobrze.

      Następie oboje usiedli na trawie. Pan Michał czując potrzebę zwierzenia się zaczął streszczać całe swoje życie. Opowiadał o swoich największych triumfach, jak również o porażkach. Snując swoją opowieść dotarł do zdarzeń, które zrodziły pragnienie śmierci. Powodem samobójstwa miało być dyscyplinarne zwolnienie z dobrze płatnej pracy, na kierowniczym stanowisku. Pan Michał zdefraudował dużą sumę pieniędzy, okradając swoją firmę. Szef firmy (do niedawna przyjaciel Michała) złożył papiery do sądu chcą nieuczciwego wspólnika wsadzić za kratki, a przy okazji odzyskać pieniądze.

- Robiłem to dla rodziny!!! – płacząc mówił Michał – Chciałem zdobyć pieniądze na otwarcie własnej firmy. Nie chciałem dłużej pracować dla tego dusigrosza (szefa).                                                                                                                          

Darma bardzo uważnie wysłuchał swojego rozmówcę, po czym rzekł:

- I to jest Twój problem, jeśli dobrze rozumiem? Michał zdębiał z wrażenia i wykrztusił z siebie:

- Ja nie chcę iść do więzienia! Co powiem matce, żonie i dzieciom!?

- Pewnie prawdę. Ludzie mają gorsze problemy niż pan.

- Czy jest coś gorszego od więzienia?

- Tak! Wózek inwalidzki, powolne umieranie na raka w hospicjum, ciężka choroba psychiczna, paraliż i jeszcze mam wymieniać …?

- Nie!

- Pana problem tkwi gdzie indziej. Nie umie pan rozwiązywać problemów.

- Ja!? – zdenerwował się starszy człowiek.

- Tak. Pozwoli pan, że coś panu powiem. Proszę wyobrazić sobie dużą, monumentalną rzeźbę, np. o wysokości dziesięciu metrów. Jeśli stanie pan u jej podnóża, rzeźba na pewno przytłoczy pana swoimi rozmiarami, ale kiedy będzie pan sprytny i spojrzy na rzeźbę  z dystansu, czyli z pewnej odległości, wówczas monument wyda się całkiem mały. Będzie sprawiał wrażenie przyjaznego dla podziwiającej go osoby. Tak więc panie Michale proszę nabrać odpowiedniego dystansu do swojego problemu, a nawet się do niego uśmiechnąć. Z czasem wszystko pewnie wróci do normy, a może pana życie ulegnie całkowitej przemianie. Skok z kolejowego mostu na pewno nic nie załatwi. Pana śmierć sprowadziłaby na rodzinę tylko smutek, przerażenie oraz przygnębienie. Dopóki pan żyje, dopóty może pan rodzinie pomagać. Nawet po więzieniu – o ile do tego dojdzie.

      Michał słysząc słowa filozofa popadł w osłupienie. Nie wiedział co powiedzieć.


Ostatnie pouczenie

      W toku dalszej dyskusji pan Michał wyznał, że ma urazę do Boga.  Jego zdaniem Bóg karał go, ponieważ on nie chodził do kościoła, nie modlił się w domu i generalnie mówiąc żył  nie po chrześcijańsku.

- „Czy spotkałeś kiedyś Boga Żywego”? – zapytał Darma.

- Nie rozumiem … - odparł rozmówca i dodał – Biblię znam, gdyż czasem kolega mi czytał.

- W Świętych Księgach „Boga Żywego” nie znajdziesz! To jedynie słowa. Czytanie Świętych Ksiąg to bardziej ćwiczenie intelektu i wyobraźni niż poważne poszukiwania. Jeśli jesteś dobrym intelektualistą, to bez problemu znajdziesz nieścisłości w tekście (nielogiczności).  To może spowodować, że odwrócisz się od Świętej Księgi i w konsekwencji nigdy nie zaczniesz poszukiwań. Podobnie będzie, jeśli nie zrozumiesz Świętej Księgi, lub jeśli bezgranicznie się nią zachwycisz. Zachwyt może wywołać fanatyzm, dogmatyzm i przekonanie o wyższości własnego wyznania. Jeśli chcesz na serio wejść na duchową ścieżkę i zacząć poszukiwania to zapomnij o całej reszcie. Przepraszam! Pamiętaj  jedynie, że Święta Księga i Bóg nie są tym samym. Kiedyś może będzie Ci dane to zrozumieć.

- Jesteś heretykiem! – jęknął Michał.

- Spotkanie „Boga Żywego” spowoduje totalne zrozumienie twoich problemów, łącznie z tak małostkowym jak karanie ciebie przez Boga.

- Niedługo zaczniesz nawoływać do niszczenia „Świętych Ksiąg” – rzekł Michał.

- Gdybym miał pewność, że masz szanse zakończyć swoje poszukiwania duchowe pozytywnie, to pierwszy spaliłbym Księgę, żeby Cię nie rozpraszała jej treść. Po co nie potrzebnie nadkładać drogi?

- A gdzie szukać, jak mówisz: „Żywego Boga”?

- Na to pytanie musisz sobie sam odpowiedzieć.

- Cwaniak z ciebie – powiedział mężczyzna.

- A no, cwaniak – zakończył Darma, a następie wstał z ziemi, co miało oznaczać koniec sesji.

      Jednak pan Michał siedział dalej wsłuchując się w cisze. Błędnym wzrokiem patrzał gdzieś przed siebie. Hindus czuł, że w stosunku do Michała potrzebna będzie poważniejsza interwencja. Nagle chłopak dotknął mężczyznę ręką w okolicach karku i przez kilka sekund ją przytrzymał. Pan Michał poczuł jakby mu ktoś dodał skrzydeł. Miał nawet złudzenie oderwania się od ziemi. Jednym szybkim spojrzeniem sprawdził co się stało.

- Na szczęście nic! – stwierdził – Tak jak siedziałem, tak siedzę.

      Po krótkiej chwili wszystko wróciło do normy, jednak on ( Michał ) odczuł coś w rodzaju oczyszczenia duchowego. Został uwolniony od umownych ciężarów, które nosił na swych barkach. Wróciła do niego odwaga i poczucie mocy. Już przyszłość go nie przerażała. Mężczyzna pragnął podziękować Darmie za udzieloną pomoc, ale ku zaskoczeniu zauważył, że jest zupełnie sam.

- Po Darnie ani śladu… Kiedy on się ulotnił? – pytał sam siebie – Nic z tego nie rozumiem…


Po zdarzeniu z niedoszłym samobójcą w chłopaku zaszły duże przeobrażenia duchowe. Darma zrozumiał, że bycie mistrzem to powołanie, a nie sucha wiedza, czy fakirskie sztuczki. To niespisana umowa między nim, Absolutem i potrzebującymi go ludźmi.

spis treści







Irena Stopierzyńska


kosmiczna róża

nie istniał jeszcze kosmos
nie było przestrzeni
ani czas nie zaczął
odliczać tysiącleci
a istniał stwórczy zamysł
o mocy niezmierzonej

zamiar Wiekuistego
porównania do róży
choć bez korzenia, liści i łodygi
- miała zapach błękitów,
wszechwiedzy, mądrości
w niej reguły ładu
harmonii
granice dystansu
i bezpiecznej bliskości
tak ważne dla kosmosu

róża - boskie arcydzieło
w jej płatkach ukryty projekt
konstelacji gwiazdozbiorów,
galaktyk
i mgławic



jedno starczy Słowo
by zmienić w rzeczywistość
to, co było zamknięte
w Przedwiecznego dłoni

trwał bezczas
aż zagrzmiało: stań się!
i zerwał się wiatr kosmiczny
zjawiła się przestrzeń
pęczniała, ogromniała
zagarniając nicość
pod swoje bytowanie
a czas z prędkością światła
przenikał jej głębie
i odliczał od zera
ku nieskończoności…

galaktyki rozkwitały
wszechświat się rozrastał
a Ten, który nie ma początku
rodzi nadal istoty
i przestworza
w czasie i miejscu
dla nich wyznaczonym.


nie gaśmy

nie gaśmy słońca
w cudzych konstelacjach
bo może ten gwiazdozbiór
konieczny dla kosmosu
i choćby nam się wydawało
że zbyt marnie świeci
podtrzymuje mocno
znacznie większą całość

nie przecinajmy
tych sił przyciągania
co w jedno łączą
tak odległe światy
bo w podobny sposób
człowiecze odrębności
Bóg jednoczyć raczy



spis treści


Iwona Rybicka

Poniedziałek. Znowu jestem w szpitalu.
Mam dyżur na oddziale. Ciemne chmury za oknem nie nastrajają optymistycznie.
Rzeczywiście dzisiaj jest ciężki dzień.
Dwóch pacjentów jest poddawanych chemioterapii. Cierpią. Nowotwór odmienił im życie.
Teraz liczą się godziny bez bólu, kolejne przeżycie dni, to zwycięstwo nad chorobą. Nad  nowotworem.
Na początku zawsze jest tak samo. Wykryte guzki na szyi, bądź pod pachą niepokoją tylko trochę. Dopiero kolejne wizyty u lekarzy, branie leków wreszcie diagnoza : nowotwór złośliwy. To młodzi ludzie, mają po dwadzieścia, trzydzieści lat. Dlaczego spotkało ich tyle bólu? Odczuwają strach przed najgorszym. Obezwładnia ich lęk o własne życie.
Oni wierzą, że zwyciężą chorobę, staną na nogi, wrócą do szkoły, do pracy do domu.

Gdy w Sali chorymi zajmują się lekarze, staram się być na boku, nie przeszkadzać. Idę do pokoju pielęgniarek. Czekam w milczeniu. Czasem rozmawiam z siostrami. Opowiadają o ludzkim cierpieniu. Z uwagą je słucham, nie pozwalam sobie na chwilę zwątpienia w siłę i kompetencje lekarzy, w moc leków i środków niezbędnych do leczenia tych ludzi.
Wyglądam na korytarz, drzwi do dyżurki lekarskiej wreszcie się otwierają. Czekam na polecenia. Biegnę umyć podłogę w sali, zmieniam przy pomocy pielęgniarki prześcieradło i pościel pacjentom, myję, pomagam przy toalecie. Gdy chorzy proszą o drobne sprawunki, idę do sklepu szpitalnego. Przynoszę soczki, owoce, gazety. Czytam. Opowiadam im wesołe historie  z mojej szkoły.
Młodych ludzi interesują moje lektury. Ciekawi  co gra się w teatrze i na jaki film biega się  do kina.
Czasami jestem bezradna. Nie wszystko da się opowiedzieć, przekazać. Brakuje słów, gestów. Często siedzę po prostu obok łóżka i trzymam chorego za rękę. Nie wszyscy chcą o sobie opowiedzieć. Nie każdy ból da się opisać, nie każde cierpienie odtworzyć.

Szukam w pamięci obrazów, które przywołane mogą pobudzić wyobraźnię chorych, mogą zapomnieć o cierpieniu. Proszę w myślach o pomoc Boga, który mnie wysłuchuje.

Pomaga. Wiara niesie ukojenie….
Bella i Waldek myślami są ze mną. Nasze dyżury się nie pokrywają.
Wymijamy się. Nie widzimy się w szpitalu, nie możemy sobie podpowiedzieć, znaleźć odpowiedniego słowa by pocieszyć… powiedzieć do dwudziestoletniej dziewczyny:
- Ela, nie martw się. Za miesiąc wrócisz do domu zdrowa. Jesteś silna.
Pokonamy tę chorobę razem: Ty, lekarz i ja. Wierzę w Ciebie.
Chora dziewczyna patrzy na mnie szeroko otwartymi oczami:
- Justyna, tak bardzo chce mi się żyć!
Ściska mnie za rękę.
- Tak bardzo chce mi się być z moją rodziną, słuchać muzyki, biegać po lesie, czytać moje ulubione książki, chodzić po górach. - Justyno, dlaczego to wszystko zabrał mi los?
- Elu, nie mów tak. Los wybrał  Cię tylko na próbę. Chciał się zmierzyć z Tobą. Wygrasz.
Wiem, że wygrasz! Będziesz zdrowa. Pokonasz nowotwór.
Wszyscy Ci w tym pomożemy.
Jaka bezradna czuję się w tej chwili. Jak bezlitośnie mała i bezsilna. Ela zamyka oczy, zaciska dłonie na kołdrze. Płacze. Bezgłośnie płacze.
Widzę łzy, które spływają po mojej twarzy, od wielu tygodni obolałej buzi, spuchniętej od leków i cierpienia.
Otwiera oczy, pokonuje słabość i mówi do mnie:
- Mam tyle planów. Chcę studiować. Marzyłam, że zostanę artystką. Wszystkie te marzenia zabrała mi ta bezlitosna choroba.
Wszystko to teraz nic nie jest warte. Dlaczego?

Patrzę na nią pełna zrozumienia i nadziei, że mi uwierzy, że zrozumie.
- Dziewczyno! - mówię. Uwierz w siebie. Zaufaj lekarzom. Codziennie powtarzaj sobie, że właśnie wracasz do domu, zdrowa, wyleczona. Proszę Cię spróbuj!
Ela oddycha ciężko, trzyma mnie za rękę, mocno ściska, aż do bólu:
- Tak ciężko! Tak trudno! Ale spróbuję. Zastanawia się nad czymś i mówi.- Justyno, mam do Ciebie prośbę. Kup mi kwiatka. Wiesz takiego małego, w doniczce. Chcę go pielęgnować, dbać o niego. Cieszyć się jego widokiem. Chcę coś z siebie dać. Tak jak Ty dajesz siebie innym, nam chorym.
Dobrze? - pyta prosząco.
Uśmiecham się. Wreszcie widzę w tej chorej dziewczynie iskierkę optymizmu, nadziei.
- Dobrze, kochanie. W piątek kupię Ci kwiatka i przyniosę do sali.
Zostawiam ją uspokojoną i wyciszoną. Ta rozmowa chyba jej pomogła.
Ela zasypia. Ja szybko opuszczam szpital. Boję się wracać po nocy do pani Emilii, na stancję.
A jest późna jesień. Nadmiar cierpienia mnie przygnębia. Tak mi ciężko. Nie mogę usnąć.
Brakuje mi rozmowy z drugim człowiekiem. Tak pragnę wyrzucić z siebie te ciężary tego
dzisiejszego wieczoru. Brakuje mi Belli. Brakuje mi Witka. Myślę nad tym, czy ja potrafię
pomagać innym, czy moje słowa dodają chorym otuchy, dają siłę?
Usypiam.




spis treści




GALERIA O FUNDACJI AKTUALNO|CI WOJCIECH TATARCZUCH STRONA GŁÓWNA

Webmasters: JK&JK