Powrót do strony głównej POWRÓT DO STRONY GŁÓWNEJ Powrót na stronę główną

Oszukiwanie spółdzielczej społeczności

        Spółdzielczość przez dziesiątki lat wypracowała sobie odpowiednie struktury i procedury samorządności i kontroli wewnętrznej, aby ustrzec się przed zagrożeniami. Należy po prostu tego ładu przestrzegać z żelazną konsekwencją.

        Już w XIX wieku lord Acton powiedział: „Władza korumpuje, absolutna władza korumpuje w sposób absolutny”.

        Nieuchronnie zaprowadziło to do ograbienia członków spółdzielni oraz skoncentrowania majątku w rękach kilku osób. Spółdzielczość postrzegana jest dziś jako łakomy kąsek do przejęcia.

                Pragnę w skrócie zwrócić uwagę na niektóre zagrożenia demokracji spółdzielczej, które w praktyce demokratycznej naszej spółdzielni spowodowały osłabienie pozycji rynkowej spółdzielni, doprowadziły do jej likwidacji.

        W tej spółdzielni, można mówić o chorej demokracji spółdzielczej, choroba ta ma na imię „walka o stanowiska” lub inaczej „walka o władzę”. Walkę tę prowadzą zarząd spółdzielni i rada nadzorcza, czyli wąskie grono członków spółdzielni z każdym stanowiącym dla nich potencjalne zagrożenie – i posiadającymi większą od nich wiedzę, znającymi choćby trochę przepisy statutu spółdzielni, prawa spółdzielczego, kodeksu pracy, ustawę z dnia 27 sierpnia 1997 r. o rehabilitacji zawodowej i społecznej oraz zatrudnianiu osób niepełnosprawnych z późniejszymi zmianami. Grupa konfliktu znalazła swoich zwolenników, (wśród pracowników niepełnosprawnych) gdyż poparcie jest im potrzebne dla dalszego egzystowania na zajmowanym stanowisku.

        W tej spółdzielni od ok. 2 lat nie honoruje się orzeczeń sądów a prawo zastępowane jest rozwiązaniami „pyskaczy”. Przypadki te można zaliczyć nie do odosobnionych, są on wykorzystywane przez ludzi, których trudno zaliczyć do sympatyków spółdzielczości.

        W 2000 roku Spółdzielnia nasza wykonywała usługi dla pana Aleksandra Kośmińskiego właściciela firmy „Maal” w Łodzi, który bardzo blisko współpracował z firmą „Igell” w Nowym Sączu. Właściciel firmy z Łodzi zaimponował Likwidatorkom (wówczas Zarządowi Spółdzielni) oraz członkom Rady Nadzorczej i (aby nie przedłużać) po prostu został Kierownikiem Spółdzielni Inwalidów „Limanowianka” z uposażeniem 1 750 miesięcznie. 10.10.2000 r. Pan Aleksander wypełniał kwestionariusz osobowy (ankietę personalną) i wyraźnie w nim  napisał od 4.07.1986 r. do nadal prowadzę prywatna działalność – Łódź, ul. Wółczańska 44, w tym samym dniu w oświadczeniu – zaprzeczył temu, jakoby prowadził działalność gospodarczą, a tym bardziej konkurencyjną. W Spółdzielni pokazywał się dwa, trzy razy w miesiącu, aby podpisać się i  zainkasować wypłatę  za ciężko przepracowany miesiąc. Na szczęście umowa była zawarta na okres do 9 kwietnia 2001 r. Pracował w ramach – pełny etatu, czasu pracy – nienormowany. Od czasu, gdy stosunki z kierownikiem uległy pogorszeniu wypłynął pan Bogdan Jeż z firmy „Igell”, który nadal pozostaje w kontakcie z firmą pana Aleksandra.

        Aby zyskać poparcie Zarząd – obecne trzy Likwidatorki oraz pan Jeż (szef firmy „Igell” – poszukiwany przez kilka firm m.in. przez Spółdzielnię „Jordanowianka”, której również jest dłużnikiem), dawały obietnice, które do tej pory - okazały się wielkim kłamstwem i mrzonką. Największym chyba oszustwem, jak do tej pory, była obietnica pana Jeża w kwestii przejęcia przez niego Naszej Spółdzielni wraz z pracownikami. Obiecywał on, iż zaraz na „drugi” dzień po ogłoszeniu procesu likwidacji da wszystkim pracownikom dalsze zatrudnienie oraz wypłatę zaległych poborów, sięgających nawet kilku miesięcy. Na razie skończyło się na obietnicach. Usługa wykonywana dla firmy pana Jeża dla – Spółdzielni, nie pokrywa w całości poborów szwaczy i krojczych. Nasze „szwaczki” jak się dowiedzieliśmy szyją najtaniej. Ten sam wyrób np. wykonywany jest jako usługa w innej firmie za 36 zł, w naszej dla pana Jeża za 14 zł. Nie liczone są koszty energii elektrycznej, ogrzewania, itd. Wykorzystuje osoby niepełnosprawne do pracy w nocy i w soboty. Już ta ogólna część faktów daje dużo do myślenia: czy zarządzające bez korzyści materialnych posunęłyby się do tego stopnia ze swymi poczynaniami?, czy to nie jest celowe działanie, aby doprowadzić do upadłości firmy, żeby pan Jeż mógł kupić Spółdzielnię za przysłowiowe grosze?

        Mimo zainteresowania innych firm przejęciem Spółdzielni, zarządzające Spółdzielnią Panie są zainteresowane tylko firmą pana Jeża, z innymi nie chcą rozmawiać. (...)

        Jak same stwierdziły panie Likwidatorki:na produkty Limanowianki, zarówno ubrania i rękawice robocze, oraz kartonaże wciąż jest zbyt...” - to dlaczego, uzależniły istnienie całej Spółdzielni od jednej bardzo małej i niewiarygodnej firmy.

        Możemy odpowiedzieć bez domniemywania, że na pewno Likwidatorkom udało się skłócić pracowników, ale niema w tym nic dziwnego, gdyż w inny sposób nie osiągnęłyby swego celu całkowitej władzy i obiecanych „stołków” dyrektorskich w firmie „Igell”.

        Załoga jest pokrzywdzona, bardzo żal mi Spółdzielni. Zastanawia mnie też fakt, że obecne Likwidatorki robią coraz większe „przekręty”, łamią prawo pracy, wykorzystują pracowników, ale nadal rządzą. Zastanawia mnie, co właściwie do tej pory zrobiły te nasze trzy Likwidatorki, za co się biorą, wszystko okazuje się, że robią źle. Działają po „omacku”, dopiero z początkiem grudnia opamiętały się, iż nie są odwołane przez Radę Nadzorczą i wyrejestrowane w sądzie z członków Zarządu, nie są też zarejestrowane jako Likwidatorki, a co za tym idzie wszystkie decyzje podejmowane przez te panie były bezprawne. Rzeczą, jaką udało się dokonać trzem dzielnym Likwidatorkom, to doprowadzić do „szalonego” wzrostu kosztów. Nie wiem też, czy do tego czasu udało się szanownym paniom Likwidatorkom przygotować program likwidacji Spółdzielni.

        Do dnia 17 grudnia 2001 r. wypowiedziano umowy prawie wszystkim pracownikom Spółdzielni. Spółdzielcy masowo wnoszą pozwy do Sądu Pracy w Limanowej, nawet ci, którzy do niedawna bronili Likwidatorki i wierzyli w nie, oraz w pana Jeża.

       Jak nie oskarżać Prokuratury Rejonowej, Państwowej Inspekcji Pracy, Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych w Warszawie i Oddziału w Krakowie, za „przymykanie oczu” na łamanie prawa. Pan Prokurator Rejonowy mimo skarg na szykanowanie pracowników sprawę umarza, a nawet ją oddala, inspektor OIP lituje się nad zarządzającymi.

        Czy tym instytucjom trzeba kilkakrotnie podawać z jakiego paragrafu winni ukarać łamiących prawo, czy szary pracownik ma lepiej znać prawo karne od prokuratora? Czy można liczyć na respektowanie prawa, czy trzeba zwracać się do rzecznika Praw Obywatelskich? i jeszcze wyżej...? i czy to pomoże pytam zrozpatrzony?

        Ciekawy jestem, co mówiłby pan komisarz policji, pan prokurator, czy też inspektor Okręgowej Inspekcji Pracy gdyby jego ,,Firma” nie wypłacała mu np. przez 8 – 9 miesięcy poborów? Czy dalej chodziłby do pracy i wystarczającym wytłumaczeniem byłoby dla niego, że nie ma dla niego wypłaty, tylko dlatego iż ważył się oddać sprawę do sądu pracy i do komornika. Panie komisarzu i panie prokuratorze, co w wypadku osób, które nie mają żadnych źródeł dochodu, (bo te osoby złożyły skargę do Prokuratury). Z czego żyć, co jeść, czy panowie dalej czekaliby i ucieszyliby się z umorzenia sprawy. Chcecie, aby Wam społeczeństwo ufało, chcecie więcej zarabiać, rozumiecie swoje problemy, nie zauważacie, gdy jest popełniane przestępstwo, gdy łamane jest prawo. Nie o taką sprawiedliwość walczyliśmy. Na dzień dzisiejszy wszyscy straciliśmy pracę i nie mamy pieniędzy.  Nie wiemy jak, dalej żyć....

R.I

Źródło: Goniec Gminny Nr 17/2001 z grudnia 2001 r.

zapisano: 1 stycznia 2002 r.                               

Powrót do strony głównej POWRÓT DO STRONY GŁÓWNEJ Powrót na stronę główną