30-336 KRAKÓW, ul. Królewska 94
tel./fax 012 636-85-84
konto : ING Bank Śląski 68 1050 1445 1000 0022 7938 9890

strona główna Kwartalnik


 
Kwartalnik Fundacji Sztuki Osób Niepełnosprawnych ISSN 1426-6628 Nr 3(35) 2008
 

Na okładce: Karol W.Filo
"Stańczyk"

20 lat minęło...


 

...od czasu, który przeszedł do historii. Poprzedni, zupełnie już niewydolny system dogorywał, nadzieją stały się zapowiedzi rokowań jego funkcjonariuszy z Narodem przy Okrągłym Stole. Ludzie powoli budzili się z letargu. Niektórzy zakrzyknęli: Nic o nas bez nas! i zabrali się do budowy zrębów społeczeństwa obywatelskiego. Należał do nich biolog oraz dziennikarz Wojciech Tatarczuch, który wraz z gronem przyjaciół powołał Towarzystwo Inwalidów Narządu Ruchu Ikar. Położenie ludzi niepełnosprawnych było wówczas szczególnie trudne, dlatego w pierwszym okresie działalności skoncentrowano się na sprawach podstawowych - bytowych, na skutecznym dopominaniu się "o swoje". Duży udział w tym czasie miała też samopomoc i zwyczajna ludzka życzliwość. Jednak rychło okazało się, że nie samym chlebem człowiek żyje, że należy zrobić coś więcej. Doszło do spontanicznej organizacji Ogólnopolskiego Konkursu Sztuk Plastycznych Osób Niepełnosprawnych. Przy nieocenionej pomocy krakowskiego środowiska artystycznego oraz "prawdziwych" działaczy społecznych, impreza ta zakończyła się nadspodziewanym sukcesem, którego ukoronowaniem była imponująca wystawa w Domu Plastyków przy ulicy Łobzowskiej. Był to decydujący impuls, który doprowadził do powstania Fundacji Sztuki Osób Niepełnosprawnych i przekształcenia konkursu w Biennale o randze międzynarodowej. Stało się ono stałą pozycją kalendarza artystycznego, stąd 1 grudnia 2008 roku w galerii Kotłownia Politechniki Krakowskiej odbył się finał jubileuszowego, dziesiątego już Biennale. W konkursie znów wzięło udział kilkuset twórców z kraju i zagranicy. Zwycięzców nagrodzono, a najlepsze prace zaprezentowano przybyłej na wystawę publiczności. Niewiele krótszą historię ma konkurs literacki. Cieszy się on równie dużą popularnością. Kwartalnik "Słowem i Kształtem" jest kolejnym "sztandarowym produktem" Fundacji. W swojej zawartości bazuje on głównie na publikacji prac najlepszych i najciekawszych spośród biorących udział w obu konkursach. Tak jest i tym razem. Ten numer jest ostatnim w mijającym roku, dlatego wyposażony został w tradycyjny załącznik - kalendarz na rok przyszły, któremu towarzyszą równie tradycyjne serdeczne życzenia świąteczne i noworoczne zdrowia, spełnienia marzeń i wszelkiej pomyślności, a także miłej lektury pisma, które składa -


Redaktor

20 years ago...


 

began a period of the great political system transformation in Poland and the other East Europe countries shortly after. As one of the symptoms appeared also the social movement among the handicapped. At the end of 1988 was established the Society of Disabled Ikar in Krakow. Artistic inspiration was one of the most important among many activities of the Society. As the final result of such an initiative, the International Biennale of Disabled People's Fine Arts established as a main event of this range. We are publishing this issue on the eve of this year's events, the jubilee 10th International Biennial of Disabled People's Arts and the literary competition as well. Because of the New Year, a Calendar'2009 is enclosed to this issue. Merry Christmas and Happy New Year to all of our Dear Readers -


Editor

UWAGA
Wszystkie zamieszczone w tekstach ilustracje można powiększyć klikając na nie


Spis treści:

Sylwia Wójcik - WYCIECZKA
Władysława Czuła - WIERSZ
Magdalena Trzebiatowska - MOJE ŻYCIE W KARCZEMCE
Krzysztof Tadeusz Kozłowski - WIERSZE
Grażyna Paprocka - RADOŚĆ
Małgorzata Antończyk - WIERSZ
Urszula Góra - WIERSZ
Anna Jachimska - WIERSZ
Grażyna Tomczyk - WIERSZE
Maria Bazielich - WIERSZ
Barbara Wiejowska - Z EWANGELIZACYJNYCH ŚCIEŻEK
Lidia Tomczuk - WIERSZ
Krystyna Kalemba - WIERSZE
Dorota Suder - WIERSZE
Krystyna Miga-Szindler - ANIOŁ
Krystyna Rożnowska - WIERSZ
Stanisław Zając - WIERSZE
Agnieszka Pojda - WIERSZ
Anna Makowska - WIERSZ
Ewa Werfel - CO TO JEST EMZETÓW
Wanda Zastępska - WIERSZE
Beata Michalak - WIERSZ
Alojza Pasowicz - DZIENNIK Z ŻYCIA PISANY
Alojza Pasowicz - WIERSZE
Patryk Szpak - MOJE DZIECIŃSTWO
Halina Broniszewska - WIERSZ
Marek Bromnik - WIERSZ
Barbara Dudek - WIERSZ
Sebastian Szarzyński - ***
Franciszek Bubrowski - WIERSZ
Radosław Krupka - WIERSZ
LISTY

Galeria kwartalnika - Karol W.Filo


powrót do spisu treści


Sylwia Wójcik

WYCIECZKA


W tym roku zespół organizacyjny WTZ przygotowywał wycieczkę - niespodziankę, o której długo nic nie wiedzieli uczestnicy. To wszystkich trzymało w napięciu i pozwalało nam snuć różne domysły. Pani Halinka, Pani Michasia i Pani Danusia miały wiele pracy, często były gośćmi naszej pracowni, ale my nie mogliśmy się nic dowiedzieć przez długi czas. I nagle ogromna niespodzianka - ogromna radość. Ogarnęło mnie totalne szczęście. Trudno mi było uwierzyć, że spełniły się moje marzenia i nie tylko moje, ale i wielu innych uczestników. Już w dzieciństwie chciałam wyjechać za granicę Polski, i właśnie WTZ zorganizowało nam wycieczkę do Pragi i w Sudety. W górach byłam jak miałam trzy latka i nic nie pamiętam. Od czasu, gdy się dowiedziałam o tej wycieczce dużo myślałam, marzyłam i z niecierpliwością oczekiwałam na dzień wyjazdu. Miałam mnóstwo obaw co do swojego stanu zdrowia, mojej kondycji na wózku, a moi rodzice przeżywali to dwa razy mocniej niż ja. Musiałam się nieźle namęczyć, aby zgodzili się podpisać zgodę na ten wyjazd. Tłumaczyłam, ze nie jadę sama, ze jadą inni wózkowicze, pielęgniarka, terapeuci no i moi koledzy i koleżanki z WTZ. Już kilka dni wcześniej moje myśli zaprzątnęła ciekawość na temat tego, jak będzie wyglądała trasa naszej wycieczki, przeglądałam zdjęcia w internecie. Wcześniej niż inni zobaczyłam na ekranie monitora Hradczany, Most Karola, Wodospad Szklarka czy Ogród Japoński. 3 lipca wczesnym rankiem godzina 05.50 nastąpiła ta długo oczekiwana chwila w której spełniło się kolejne z moich marzeń. Wyjazd za granicę dla mnie był wielkim przeżyciem, ponieważ pierwszy raz wybrałam się w tak daleką podróż. W autokarze tradycyjnie siedziałam z moją najlepszą koleżanką Stenią i choć na początku naszej wycieczki pogoda nie była najlepsza padał deszcz to i tak byłam w dobrym humorze, bo w towarzystwie Steni zawsze się uśmiecham i nigdy się nie nudzę. Na szczęście po kilku godzinach naszej jazdy zza chmur wyjrzało słońce, a my dojechaliśmy do Bolesławca. Tu w Muzeum Ceramiki podziwialiśmy wspaniałe naczynia - dzieła sztuki ręcznie zdobione bardzo mi się wszystko podobało, a najbardziej serwis porcelany, z którego korzystał podczas wizyty w Polsce nasz Papież Jan Paweł II. Po zwiedzeniu tego obiektu udaliśmy się do Kamienia koło Świerardowa Zdroju, gdzie zostaliśmy zakwaterowani w schronisku młodzieżowym, a następnie zjedliśmy obiadokolację. W pokoju byłam z koleżankami Anią i Agnieszką. Następny dzień rozpoczął się bardzo wcześnie po krótkim przygotowaniu się wyruszyliśmy w trasę do Pragi. Kilka godzin jazdy minęły bardzo szybko. Umilał nam je przewodnik, który ciekawie opowiadał o mijanych miejscach. W Pradze wysiedliśmy na wzgórzu Hradczan koło Ambasady Izraelskiej. Pierwszą atrakcją były ogrody królewskie z grającą fontanną, od których przeszliśmy na plac zamkowy, gdzie znajdowała się olbrzymia surowa, a jednocześnie przepiękna katedra. Udało się nam również zobaczyć fragment Złotej uliczki. Wzdłuż niej znajdowało się piętnaście małych domków, w których są galerie sztuki. Kolejnym miejscem do którego udaliśmy się była dzielnica Józefów, gdzie znajdował się Rynek Pragi. Przewodnik zaprowadził nas do Ogrodu Wallenstein. Obeszliśmy cały dziedziniec, który obejmował pałac, rozległy ogród ze stawami i fontannami, olbrzymią klatkę puchaczy oraz ścianę z wulkanicznej magmy - one zrobiły na mnie największe wrażenie. Kolejne miejsce, które warto było zobaczyć to Most Karola. Znajdowały się na nim rzeźby przedstawiające postaci świętych. Z stamtąd podziwialiśmy przepiękny widok na całą Pragę. Od Mostu Karola przeszliśmy do Rynku Starej Pragi, gdzie zobaczyliśmy Ratusz na którym znajdowały się jedyne na świecie dwa zegary słoneczne odmierzające godziny i miesiące. Twórca tego dzieła został oślepiony, aby nigdzie więcej nie stworzył takich zegarów. Na wieży ratusza codziennie punktualnie co godzinę pojawiają się figurki dwunastu apostołów, które również mieliśmy okazję zobaczyć. Moje zainteresowanie wzbudziły starodawne samochody i bryczki obok których nie można było przejść bez zrobienia pamiątkowego zdjęcia. Razem z panem Marcinem wypatrzyliśmy słynną piosenkarkę Anastazję z mężem, czarnoskórym facetem. Byli oni w podróży poślubnej; akurat wtedy jechali bryczką. Mnóstwo ludzi, szczególnie Azjatów, spacerowało po Pradze, w żadnym mieście nie spotkaliśmy tylu turystów. Praga zrobiła na mnie i na nas wszystkich ogromne wrażenie. Teraz oglądając zdjęcia mogę wracać do tamtych wspaniałych chwil. Pozostałe dni wycieczki upłynęły nam na zwiedzaniu Lubomierza, miasteczka w którym nakręcano film "Sami swoi". Jest tam muzeum Kargula i Pawlaka. Mogliśmy tam być i podziwiać eksponaty z planu filmowego, a także słuchać opowieści bardzo miłej pani dyrektor, ­wnuczki jednego z aktorów tej wspaniałej komedii. Ogromne wrażenie zrobiło na mnie romantyczne miejsce, jakim jest Szklarska Poręba ze swym wodospadem Szklarka. Świeże, rześkie powietrze i cudowne krajobrazy górskie były balsamem dla serca. Nasze wózki okazały się przeszkodą, gdy szliśmy w Karpaczu do świątyni Wang jednak zdjęcia nam udostępnione zrekompensowały nam tę trudność. Wspaniałym przeżyciem było zwiedzanie Wrocławia, który kojarzył mi się z serialem "Pierwsza miłość". Zaczęliśmy od zwiedzania unikatowego dzieła - Panoramy Racławickiej potem przepiękna starówka z fontanną ze szkłem i mosiężnymi krasnoludkami w różnych punktach rynku. Na koniec dwugodzinny rejs po Odrze i bardzo miła obsługa statku dostarczyli nam wielu miłych wrażeń, i powrót - żegnaj piękny Wrocławiu. Od tej pory myślę o tej wycieczce, chciałabym tam wrócić kiedyś. Wszystkim moim znajomym i rodzinie opowiadam o wspaniałych moich przeżyciach, a oni zazdroszczą, że jestem uczestniczką WTZ w Wąbrzeźnie, dzięki wspaniałej kadrze mogę wyjeżdżać, pisać artykuły do gazetki i brać udział w konkursach literackich.


powrót do spisu treści


Władysława Czuła

Świecie niedoskonały...

          Świecie niedoskonały - dziś pieniądzem stoisz
          Tyle jest w tobie piękna i tyle podłości.
          Głodnym żałujesz chleba i bólu nie koisz
          Obłudą często karmisz i nie znasz litości.

          Łakniesz człecze bogactwa co szczę ścia nie daje
          I częstokroć pazernie z biednego go łupisz
          Oślepły blaskiem złota wciąż ci się wydaje,
          Że się marną mamoną od śmierci wykupisz.

          Zapomniałeś, że słońcem Bóg równo obdziela.
          Dla wszystkich szumią drzewa i kwieca się kwiaty.
          Spróbuj za swe pieniadze kupić przyjaciela,
          A zrozumiesz, że jesteś pozornie bogaty.

          Z pędzącej limuzyny zobaczysz niewiele.
          Ani blasku kaczeńca, ni biedronki w locie.
          Ani mchu zielonego co się w lasach ściele,
          Ani oczka stokrotki rosnącej przy płocie.

          Nie wypatrzysz nad głową skowronka w błękitach,
          Plamistej salamandry na polnym kamieniu.
          Nie dostrzeżesz kąkolu w szumnym łanie żyta,
          Ani żabki rzekotki kryjącej się w cieniu.

          Nie doznasz oszołomień pahnacego siana,
          Słodkiej woni czeremchy biało ukwieconej
          Nie dowiesz się jak pachnie ziemia zaorana,
          I świeża rana jodły przez wicher zwalonej.

          Nie ujrzysz jak przy ścieżce poziomka się płoni,
          I jak kusi czerwienią w poziomkowym lesie.
          Jak owoce ktoś bliski kładzie na swej dłoni,
          Okraszone miłością do ust twych podniesie.

          Niech się otworzą oczy złotem oślepione
          Sercem patrz, ucz się kochać, nie zwlekaj.
          Piękna co ręka Stwórcy jest równo dzielone
          Nie dostrzeżesz niestety spoza trumny wieka.

          Z plecakiem na ramionach i w uśmiech bogaty
          Zacznij zdobywać szczyty po kraju rozsiane.
          Spotkasz wielu co dadzą ci kubek herbaty,
          Kromkę chleba i serce jak z wosku odlane.

          Zrzucisz z siebie trosk brzemię w górach blisko nieba.
          Spłyną po twoim ciele krople potu słone.
          Stań się wolny, szczęśliwy i tak trzymać trzeba,
          A po latach zdobędziesz polskich gór koronę.


powrót do spisu treści


Magdalena Trzebiatowska

Moje życie w "Karczemce"

Czy można żyć bez przyrody - bez zwierząt i kwiatów? Czy radość psa, piękno róży, zapach konwalii da się utrwalić? Na te trudne, ale bliskie każdemu człowiekowi pytania, odpowiadają nam wiersze Mieczysławy Buczkówny. Wiersze, które pełne są zachwytu nad otaczającym światem, przyrodą. Tych pięknych utworów nie poznałabym nigdy, gdyby nie koleżanka Dorota i jej biblioteka, mieszcząca się przy Ośrodku Czytelnictwa Chorych i Niepełnosprawnych, gdzie trafiłam dzięki odbywającemu się tam spotkaniu z panią Alicją Grześkowiak. Już przedtem korzystałam z biblioteki, ale książki lub kasety przynoszono mi do domu. Ujął mnie wielki spokój i życzliwość, która dosłownie biła z każdego kącika, śliczne stoliki, krzesełka jak w kawiarni, pełno książek i czasopism. I przede wszystkim Dorota - bibliotekarka, gospodyni tego miejsca. Miła, uśmiechnięta, życzliwie witała każdego czytelnika. Z każdym porozmawiała, każdemu, kto tylko chciał pożyczyć książkę doradzała, pamiętała, co kto czytał, co lubi czytać, od razu poczułam do niej sympatię. W chwilę później poznałam drugą bibliotekarkę - tym razem ciemną dziewczynę z grzywką - była to Arleta. Potem dowiedziałam się, że ta sympatyczna dziewczyna pracuje z dziećmi niepełnosprawnymi. Zaczęłam rozmawiać z Dorotą i Arletą. One pokazały mi bibliotekę. I wtedy właśnie Dorota zapytała mnie czy nie chciałabym pożyczyć wierszy Mieczysławy Buczkówny. Nie znałam zupełnie twórczości tej poetki, ale książka wyglądała zachwycająco. Ze skrzydełka na obwolucie dowiedziałam się, że Mieczysława Buczkówna jest pisarką współczesną. Oprócz wierszy przeznaczonych dla dorosłych pisze też utwory dla dzieci. Zbiorki takie, jak: "Leśna ścieżka", "Dzień dobry ptaku", "Zaczarowana jagoda" zawierają wiele wiadomości o zwierzętach i przyrodzie. Również wiersze tej autorki przeznaczone dla czytelnika dorosłego pełne są zachwytu nad przyrodą. Ze zdjęcia umieszczonego na okładce patrzyły na mnie mądre oczy autorki zbiorku. Książkę, więc pożyczyłam. Otworzyłam ją dopiero w domu, kiedy wszyscy poszli spać. Czytałam wiersze powoli, kilkakrotnie. Byłam zdziwiona, że ktoś tak ładnie opisał to wszystko, co i ja widzę, co i ja może chciałam napisać. Było już bardzo późno, kiedy poszłam spać. Gdy zamknęłam oczy widziałam opisywane kwiaty, a w uszach brzmiał mi wiersz:

"Po ciemku"
Poeta to ten
Komu odebrano wzrok
W pełni jawy
Koniuszkami płonących palców
Dotyka słów
I nie wie czy je zapalił.

Gdy usnęłam śniły mi się kwiaty: czerwona róża na czarnym tle, cynie, tarnina, konwalie uwięzione w kryształowym wazonie, niezapominajki. Na Warsztatach /chodzi o Warsztat Terapii Zajęciowej przyp. red./ byłam jak urzeczona. Ciągle widziałam kwiaty, te duże i małe, potężne i kruche, wszystkie opisywane w wierszach.

"Storczyk"
Odchylony gwałtownie w tył
Ze wstrętem
Od rzeczy tego świata się odwraca
Blady fiolet gwiazd
Opływa jego nietutejszą zieleń
Liścia - pióra - kwiatu.

Czytając czułam zapach, widziałam niezwykłą delikatność kwiatka. Zauważyłam, że pisarka bardzo często mówi o królowej kwiatów - róży, ale każda jest inna, inaczej odmalowana.

"Róże"
Róża przez róże uwiązane wstążeczką
Mijane w rowie w zamkniętym ogrodzie
Na czarnej płycie na śniegu na piasku
Imieninowe na scenie w kwiaciarni
Rozkwitające.

Opisując kwiat, poświęcając mu wiersz, pisarka stara się podkreślić jego cechę charakterystyczną. Konwalie są kruche, pachną delikatnie, przywodzą na myśl piękny i dziki las. Gladiole - mieczyki - to kwiaty twarde, przypominające rycerzy. Zresztą nazwa mieczyki - kojarzy się z mieczem - narzędziem silnym i mocnym. Lewkonie: białe i liliowe oddychają zapachem, przypominają słoneczne, duszne lato. Dwa potężne słoneczniki stojące na pustej łodydze sąsiadują z tulipanami, wilczą jagodą i jaśminem. Rozkochałam się w tych kwiatach, zachwyciłam ich pięknem. I dlatego bibliotekarkom: Dorocie, a także Arlecie chciałabym podziękować za wskazanie mi utworów Mieczysławy Buczkówny. Również jej wierszem:

"Z kwiatami"
Tak kwiaty się daje zamiast mówić one
Są otwarte
Mak, kiedy się dopala
Na podminowanej zielenią łące
Lilia w studzwonnej bieli
Uciszająca poranny gwar kwiatów w ogrodzie
Fioletowy irys
Z kroplą światła na odwianym płatku
Gdy odlatuje ku pustyniom nowego księżyca.

Cieszę się, że ktoś pomyślał o osobach niepełnosprawnych. Miło słyszeć, że są różne placówki dla osób takich jak ja. Osoby niepełnosprawne mogą uczęszczać na zajęcia. Nie muszą siedzieć i nudzić się całymi dniami w domach, i nie powinni wstydzić się swojej choroby. Dzięki temu możemy poznać wielu ciekawych ludzi i poczuć się potrzebni i docenieni. Czujemy, że w różnych chorobach, możemy pomóc innym ludziom. Uważam, że mając taką okazję to wielkie szczęście i zdecydowanie nie będzie takiej drugiej. Zachęcam wszystkich do udziału w Warsztatach Terapii Zajęciowej "Karczemka". Od ósmej klasy szkoły podstawowej do roku 1990 siedziałam cały czas w domu i nudziłam się. Mój jedyny kolega z klasy zapoznał mnie z jego koleżanką, która pracowała w Warsztacie Terapii Zajęciowej "Bratanki". Prowadziła teatr dla osób niepełnosprawnych, po południu. Moi rodzice nie wiedzieli, że jest taka okazja, żebym mogła korzystać z popołudniowych zajęć. Kolega Krzysztof umówił mnie na spotkanie z jego koleżanką, żebym mogła uczestniczyć w zajęciach. Jej powiedziałam, że moi rodzice nie pozwolą mi chodzić na te zajęcia, a ja bardzo bym chciała korzystać z nich. Jola umówiła się na spotkanie z mamą kolegi, by moich rodziców przekonać, bym mogła uczęszczać na zajęcia. Po tym spotkaniu powiedzieli, że nie zgadzają się, dlatego bo rodzicom wydawało się im, że mój stan zdrowia na to nie pozwalał. Jola i mama kolegi namawiały, że moi rodzice w końcu zgodzili się, żebym mogła uczęszczać na Warsztaty Terapii Zajęciowej do Joli. Zaczęłam jeździć na wycieczki, które mnie ucieszyły i uspakajały. Po jakimś czasie dowiedziałam się o nowych Warsztatach Terapii Zajęciowej "Karczemka", które mieszczą się za Toruniem we wsi Otłoczyn. Dawno, dawno temu w miejscu, otoczonym lasami, na rozstajach dróg, nad Wisłą, która tu była płytka i rzesze wędrowców wybierały sobie je na przeprawę stała Karczma. Odpoczywali tutaj kupcy handlujący bursztynem. Dzisiaj, to miejsce, znajduje się na terenie wsi Otłoczyn. Przez Wisłę nikt już się nie przeprawia, ludzie wolą niedaleko położone mosty. Po dawnych czasach pozostała jedynie nazwa - Karczemka i budynek, który tętni życiem. Nie zatrzymują się tutaj już zmęczeni wędrowcy. Dawna gospoda jest dziś siedzibą Warsztatu Terapii Zajęciowej, prowadzonym przez Fundację im. Brata Alberta. Osoby niepełnosprawne odzyskują tu radość życia. Uczymy się pracować, śpiewać, bawić. Poznajemy zasady współżycia, czynności potrzebne w codziennym życiu, i reguły panujące w normalnym zakładzie pracy. Pozwoli mi to w przyszłości samodzielnie żyć i pracować. Warsztat jest przepięknie położony wśród lasu z daleka od hałasu i spalin. Karczemka to piękny stary dom. Aby budynek zachował się w tak dobrym stanie i mógł służyć wszystkim uczestnikom Warsztatu Terapii Zajęciowej " Karczemka" musiał przejść szereg remontów. Prace remontowe wykonywali społecznie pracownicy Warsztatu Terapii Zajęciowej "Karczemka". Nasza praca i twórczość odbywa się pod opieką instruktorów, wspólnie wykonujemy różne zadania na rzecz Warsztatu. Do Warsztatu Terapii Zajęciowej "Karczemka" zostałam przyjęta, jako uczestniczka w 1993 roku. Byłam przypisana do grupy ogrodniczej, w której wykonywałam prace ogrodnicze, np. wyrywałam zielsko i chwasty. Po kilku miesiącach byłam przeniesiona do grupy redakcyjno - komputerowej, w której wykonywałam takie prace, jak: prowadzenie kronik, gazetek, oraz biblioteki. Wielką wagę przywiązywałam do kronik. Kronika jest bardzo ważna, bo zapiski w niej zawarte pomagają nam utrwalić historię "Karczemki". Zapiski, ilustracje, zdjęcia - to właśnie nasza kronika, która towarzyszy naszemu codziennemu życiu. Po kilku latach byłam przeniesiona po raz kolejny do pracowni krawieckiej, w której wykonuje się wyszywanie różnych obrazków i widoków, to wszystko, co wykonuje mnie uspakaja. Tu poznałam tajniki haftu, wytwarzania serwetek i tworzenia kartek świątecznych. Dwa razy w tygodniu brałam udział w zajęciach teatralnych. Na spotkaniu były wymienione wspomnienia i wrażenia o ostatnim występie oraz ćwiczenia rozciągające narządy mowy. W marcu w 2007 roku brałam udział w VIII Prezentacjach Twórczości Artystycznej Osób Niepełnosprawnych we Włocławku. Nasza grupa teatralna zaprezentowała Warsztat w przedstawieniu pt. "Odkrycie Czerwonego Kapturka". Była to bardzo nietypowa historia z bajki, nagle przenikała ze świata baśni do świata rzeczywistości. Odkrywała ta baśń prawdziwy Warsztat Terapii Zajęciowej "Karczemka", w którym poznaje się życzliwych ludzi. Byłam bardzo zadowolona z występu. Cieszyłam się też z tego, że mogłam podziwiać twórczość artystyczną innych zespołów. Dzień ten był dla mnie przede wszystkim pełen radości i przeżyć i na pewno długo zostanie w mojej pamięci. Dziękujemy jury za wyróżnienie i nagrodę od Starosty powiatu Aleksandrów Kujawski, a publiczności za brawa. W czerwcu tego samego roku w naszym Warsztacie obchodziliśmy Święto Brata Alberta. Ten rok był szczególny, bowiem świętowaliśmy 20 - lecie Fundacji. Impreza rozpoczęła się powitaniem wszystkich gości przez panią kierownik. Po słowach powitania rozpoczęły się prezentacje teatralno - muzyczno - taneczne. Jako pierwsza na powitanie wystąpiła nasza grupa teatralna "Bursztyniaki" zaprezentowała się w przedstawieniu pt. "Odkrycie Czerwonego Kapturka". Była to krótka prezentacja Warsztatu, jego poszczególnych grup terapii na bazie zetknięcia się dwóch światów, baśni i rzeczywistości. Na koniec naszego świętowania były dyplomy i nagrody dla uczestników. We wrześniu 2007 roku grupa teatralna brała udział w imprezie integracyjnej "Tacy Sami", której organizatorem był Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej w Aleksandrowie Kujawskim. Nasza grupa na scenie przedstawiła spektakl "Czerwony Kapturek". Pobyt w Aleksandrowie Kujawskim był wspaniałą okazją do spotkania się z innymi uczestnikami WTZ w wesołej przyjaznej atmosferze. W październiku tego samego roku braliśmy udział w IV Przeglądzie Twórczości Teatralnej Osób Niepełnosprawnych, w Teatrze Baj Pomorskim, w Toruniu. Nasza grupa przedstawiła montaż słowno- muzyczny pt. "Żołnierze z Otłoczyna." Grupa "Bursztyniaki" dostała dużo braw od widowni, byłam zadowolona z występu, dostaliśmy różyczkę, którą przekazaliśmy pani Marzenie za to, że przygotowała nas do występu. Dziękuję pani Marzenie za trud i wysiłek. W listopadzie tego samego roku Warsztat Terapii Zajęciowej przy Spółdzielni Inwalidów "Zgoda" Konstantynowie Łódzkim był po raz drugi organizatorem Ogólnopolskiego Spotkania z Piosenką i Poezją Żołnierską i Patriotyczną pod hasłem "Piękna jest nasza ziemia". Celem spotkania było uczczenie obchodów Święta Niepodległości, które miało dać wyraz patriotyzmu, zaakcentować dojrzałość społeczną i po raz kolejny zaprezentować ogromny potencjał artystyczny osób niepełnosprawnych. Podczas spotkania wystąpiło dwadzieścia zespołów. Nasza grupa zaprezentowała dwie piosenki żołnierskie: "Serce w plecaku" i "Marsz Pierwszego Korpusu". Przygrywał nam na akordeonie zaprzyjaźniony z Warsztatem pan Józef. Za udział w imprezie otrzymaliśmy dyplomy i drobne upominki. Panowała dobra atmosfera, którą jeszcze raz chcielibyśmy przeżyć. W Karczemce mamy pracownie takie, jak: gospodarstwa domowego, krawiecka, ogrodnicza i gospodarcza, komputerowo - redakcyjna, trzy pracownie ceramiczne. Uczestnicy pierwszej pracowni wykonują codzienną pracę, która zapewnia wszystkim podopiecznym i pracownikom możliwość spożycia posiłku w ramach drugiego śniadania. Na niej ciąży także przygotowanie od strony kulinarnej wszystkich imprez okolicznościowych. Koleżanki uczą się podstawowych prac potrzebnych w gospodarstwie domowym i w życiu codziennym. Nie tylko techniki i technologii przygotowania posiłków, ale i sposobów ich podawania, higieny itd. przygotowanie okolicznościowych imprez ma także swoje funkcje integracyjne. W pracowni krawieckiej wykonują głównie robótki ręczne. Do wytworów naszych krawców należą różne zabawki, maskotki, rękawice do garnków, firanki oraz obrusy. Poza tym uczestnicy zajmują się drobnymi naprawami uszkodzonej odzieży kolegów i koleżanek, czy ubrań roboczych, w które wyposażeni są niektórzy uczestnicy. Chłopcy z pracowni ogrodniczej i gospodarczej wykonują prace przy bieżącej konserwacji budynków, urządzeń i sprzętów, prace porządkowe, pomagają także przy pracach wykończeniowych. Pracownie ceramiczne wykonują prace zdobnicze, z okazji świąt dekorują wnętrza naszych budynków. Uczestnicy wytwarzają wyroby ceramiczne, które następnie instruktorzy terapii wypalają w piecu ceramicznym. Później prace te uświetniają warsztatowe uroczystości lub stanowią upominki dla gości odwiedzających naszą placówkę. Podstawowym zadaniem tej pracowni jest opanowanie wszystkich etapów technologicznych produkcji wyrobów ceramicznych, jak: odlewanie, szkliwienie, zdobienie, wypalanie itd. Pracownia komputerowa opracowuje i wykonuje kalendarze, a także gazetki warsztatowe. Członkowie redakcyjnej grupy prowadzą kronikę, w której zapisują najważniejsze wydarzenia z życia Warsztatu, układają życzenia okazjonalne, robią kartki świąteczne i prowadzą bibliotekę, w której są piękne książki, kasety na VIDEO i muzyczne, potrafią obsługiwać komputer. Koledzy i koleżanki przeprowadzają wywiady, piszą artykuły, gromadzą poezję oraz fotografie z czasopism, które wykorzystują potem do prowadzenia kroniki, gazetki. Chętnie organizują też inscenizacje i krótkie programy poetyckie oraz piosenki z okazji różnych świąt. Sprzętem komputerowym wykonują na bieżąco listy obecności pracowników i uczestników, grafiki sprzątania, i inne potrzebne w codziennym funkcjonowaniu Warsztatu druki. Oprócz pracy w Warsztacie realizowane są zajęcia rehabilitacyjne. Placówka dysponuje dobrze wyposażoną salą rehabilitacyjną. Jest też możliwość korzystania z pomocy pracownika socjalnego i psychologa. Uczestnicy jeżdżą na wycieczki, turnusy rehabilitacyjne, chodzą do kina i teatru. W Karczemce organizowane są biwaki i ogniska. Warsztat jest otwarty na konkursy sportowe, teatralne, muzyczne i plastyczne. Wszyscy uczestnicy Warsztatu chętnie pokazują swoje prace na wystawach. Warsztat to drugi dom, zarówno dla uczestników, jak i dla pracowników. Dzięki miłej, domowej atmosferze jest bezpiecznie i mamy poczuciu własnej wartości uczestnicy chętnie biorą udział w codziennych zajęciach. "Karczemka" to również grono moich przyjaciół. Tutaj poznałam Alinę, Aleksandrę, i wielu innych wspaniałych ludzi. Długie lata, bo aż 15 w historii "Karczemki", to historie wielu znajomości i przyjaźni. Mówiąc o "Karczemce" nie można zapomnieć o mieszkających tu zwierzętach: Terze i Sabinie, które na zawsze wpisały się w jej historię. W wolnych chwilach siadam na ławce przed domem, przyglądam się pięknym otaczającym mnie krajobrazom, z daleka słychać śpiew ptaków i szum drzew. Te odgłosy przyrody mnie uspakajają. Przyglądam się zabawom naszych psów i rozmawiam z przyjaciółmi. Spotykam się z koleżankami i kolegami, by porozmawiać, pożartować. Wszyscy po zajęciach rozjeżdżają się do domów. Lubię Karczemkę i przyjaciół, których tu spotykam. Jestem do dziś zadowolona z Warsztatów, z tego, że mogę uczestniczyć w zajęciach. Chciałabym wszystkim podziękować za to, że mogę przyjeżdżać. Jak przychodzi weekend, to bardzo się smucę, że nie przyjadę, i nie spotkam się z koleżankami i kolegami oraz z przyjaciółmi. Moje wspomnienia z "Karczemką" związane są z samym początkiem. Warsztat Terapii Zajęciowe w "Karczemce" były zawsze i jest nadal moim drugim domem, w którym spotykam się przyjaciółmi i z instruktorami. Wszyscy są dla mnie bardzo dobrzy, a zajęcia, które prowadzą wiele mnie nauczyły. Bardzo lubię różne zajęcia w "Karczemce".


powrót do spisu treści


Krzysztof Kozłowski

Kołysanka - podarunek


 

          Balkon się otworzył - przerwałem pisanie
          Dziecko moje śpi obok.
          Wiatr - może chciał
          bym spojrzał na Nie?

          Śpij synku strach daleko - w morzu.
          Straszy rybki w toni.
          Śpij synku, drzwi zamknięte - ja tu.
          Jak spokój nad Tobą się kłonię.

          Słoneczna Twoja główkę
          niechaj podusia kolebie.
          Wiatr jednako co noc
          pilnuje okiennic dla Ciebie.

          Twą zabawką me serce.
          Weź na sznurek jak zabawkę.
          W piaskownicę zaciagnij
          i zrób z niego huśtawkę.

          Ono Twoje - bierz, bierz.
          Nie płacz, że zbyt małe.
          Bierz je, bierz
          - oddaję Ci całe.

 


 
Kołysanka

          - na pierwsze urodziny mojej wnuczki Juleńki

          Luli, luli - śpij Kochanie.
          Wszyscy Cię kochają.
          Brzmi dla Juli me śpiewanie.
          Zasnął nawet stary pajak.

          Luli, luli - śpią już muszki.
          Oczka mruży zając.
          Chwieje się na łapkach
          w biegu zasypiając.

          Miś chrapie jak piła,
          aż lecą żołędzie.
          Jeleń podparł się rogami.
          Kogut śpi na grzędzie.

          Tylko ćmy spać nie chcą.
          Cicho płyną w nocy.
          Juleńkę wachlują
          poprawiając kocyk.

          Śpij Juleczko słodka.
          Twój przemija roczek.
          Zrobiłaś Kochanie
          pierwszy duży kroczek.

          Niechaj Ci się przyśnią
          ptaszęta tęczowe.
          Same miłe rzeczy
          - wszystkie kolorowe.


powrót do spisu treści


Grażyna Paprocka

RADOŚĆ

Istnieję, bo jestem i to wystarcza
Choćby nikt na świecie nie wiedział
o tym, jestem zadowolona
I choćby wszyscy wiedzieli, jestem radosna
Jeden świat o tym wie, dla mnie
bez porównania największy,
a jestem nim ja.
I czy dziś otrzymam to, co mi się należy,
czy za dziesięć tysięcy lat,
Mogę z radością przyjąć to teraz
albo równie radośnie
mogę poczekać.

Często zastanawiam się, kiedy radość jest we mnie, kiedy coś mnie cieszy? Wniosek jest jeden: cieszę się, kiedy udaje mi się żyć świadomie i w pełni uważnie. Gdy potrafię skoncentrować się na sobie, pozwalam sobie na przeżywanie samej siebie, ludzi i wszystkiego tego, co jest wokół mnie. Cieszą mnie spotkania z bliskimi mi ludźmi, którym mogę zaufać, przed którymi mogę z radością i spokojem otworzyć to, co na codzień głęboko chowam przed światem. Raduję się, gdy inni mi ufają, opowiadając historię swojego życia. Czuję się wtedy obdarowana ich mądrością i odwagą w przyznawaniu się do swoich słabości. Wielkim optymizmem napawa mnie przebywanie na łonie natury, wsłuchiwanie się w jej muzykę, oglądanie jej niepowtarzalnych w swojej istocie dzieł. Cieszę się, że potrafię dostrzec piękno lasu wiosną i latem, a także jesienią i zimą, kiedy przyroda pozornie umiera. Przypominam sobie wtedy niefrasobliwe chwile dzieciństwa, kiedy czytałam baśnie, utożsamiając się z ich bohaterami. Mój świat, kiedy dorosnę, miał być właśnie taki bajkowy; ze zwyciężającym dobrem, szlachetnymi ludźmi, których uczciwość i prawdomówność jest niepodważalna, i choć obecna, dorosła rzeczywistość tak bardzo odbiega od moich dziecięcych wyobrażeń i marzeń, potrafię, dzięki mojej wewnętrznej radości, ze współczuciem i empatią, bez niechęci, patrzeć na szarą, często brudną ulicę, pełną ludzi o złych, napiętych i znużonych twarzach. To właśnie uważne i radosne spojrzenie na świat kształtuje mój stosunek do otaczającej mnie rzeczywistości. Myślę, że radością jest samo życie. Cieszę się, że po prostu jestem, oddycham i mam poczucie szczęścia, ale i bólu istnienia. Wiem też, że cierpienie, jeśli nie wpadnę w sidła rozpaczy, może mnie zmienić i otworzyć oczy na otaczający świat. Cieszę, się, że jestem świadoma bólu mojej duszy i potrafię go zmienić na tyle konstruktywnie, aby wykorzystać go do rozwoju wewnętrznego. Wiem, że gdybym pozwoliła bólowi zawładnąć całym moim życiem, pozostałaby mi tylko pustka. Cierpieniu zawdzięczam to, że przebudziłam się jakby do nowego życia. Zobaczyłam siebie i świat inaczej, niż do tej pory. Musiałam zwolnić tempo, zatrzymać się i wtedy zauważyłam, że do tej pory właściwie więcej myślałam o sobie, koncentrując się na swoim bólu, który mnie zżerał, niezauważając innych. Litowałam się nad samą sobą, szukałam na siłę błędów i zła w sobie, oskarżając wyłącznie siebie za poniesioną porażkę. Zabiegałam o cudze współczucie, opiekę, wsparcie i akceptację. Przeżywałam ogromną frustracje, kiedy tej pomocy nic otrzymywałam. Bardzo trudno jest bez walki oddać to, co sprawiało nam ogromną przyjemność i dostarczało satysfakcji. Walka jednak wyczerpuje. W jej szale i zaciekłości zapominamy, że piękno i miłe chwile przemijają, a i tak u kresu życia trzeba będzie się z nimi rozstać. Nie zawsze dostajemy to, czego - jak nam się zdaje - pragniemy i większość z nas, przynajmniej przez pewien czas, bywa z tego powodu nieszczęśliwa. Skoro się urodziliśmy, w końcu będziemy musieli doświadczyć bólu tak fizycznego jak i emocjonalnego. Narodziny, starzenie się, choroby, strata, smutek i rozczarowanie przytrafiają się każdemu bez wyjątku. Nie jest to do końca złe. Doświadczanie problemów, tych wielkich i tych mniejszych, uczy nas postawy realistycznej; życie jest niedoskonale a jednak niesie olbrzymi potencjał radości i spełnienia. Dopóki w pełni nie przyswoimy tej lekcji, za każdym razem źle wyjdziemy na naszych nierealistycznych oczekiwaniach. Moje cierpienie i pojawiające się w nim pytanie o sens życia uświadomiły mi bardzo wyraźnie, że często spalamy się w ogniu niekontrolowanych namiętności, które pochłaniają nasze życie i z ich powodu jesteśmy niczym dziecko w płonącym domu - zbyt niedojrzali i nieopanowani, by należycie rozpoznać sytuację i jak najszybciej ugasić pożar. Musimy nauczyć się jak być dojrzałymi, wyzwolonymi, dorosłymi. Balony pękają, miłosne historie nie mają gwarancji i na dodatek musimy chodzić do dentysty. Wszystko w tym życiu jest odrobinę pęknięte, nie dające oparcia, słabe. To właśnie dojrzałość niesie zrozumienie, wnikliwość, charakter, odpowiedzialność, umiarkowanie i zrównoważenie. Moją ulubioną porą roku jest jesień, a porą dnia - zachód słońca. Są to piękne chwile - wzruszające, a zarazem jakże ulotne. Czyż nie odnosi się to do większości najpiękniejszych momentów życia? Jest oczywiście w życiu taki czas, kiedy ogarnia nas pełnia radości z powodu samego tylko cudownego faktu, że żyjemy. Są to chwile autentycznego szczęścia. Cierpienie tutaj polega na tym, że te momenty nie są trwałe. Wszystko, co ukochamy, przemija: muzyka milknie, przyjaciele się rozwodzą, praca, o której marzyliśmy, okazuje się udręką, chwile kosmicznej miłości i rozkoszy ulatują. I kończy się to często nostalgią, rozczarowaniem, poczuciem straty. Nic, co dobre, nie trwa wiecznie: nawet najlepsze chwile naszego życia podszyte są goryczą. Dzięki tym przemyśleniom poczułam się naprawdę szczęśliwa - bo prawdziwie wolna. Zrozumiałam, dzięki mojemu cierpieniu, że życie w zgodzie ze samą sobą przysparza mi dużo radości, gdyż wtedy czuję się naprawdę wolna. I wtedy nie winię już innych za moje niepowodzenia, za moje rozczarowania, za mój ból i rozpacz. Po prostu w ten sposób przestaję tracić czas na szukanie szczęścia poza sobą. Zyskałam wiedzę, że często w życiu uzależniałam moje samopoczucie od zachowania i myśli innych ludzi. Ich obarczałam odpowiedzialnością za to, jak się czuję. Było to wygodne tylko na krótko. Później stawało się pułapką, w którą sama wpadałam. Tragizm tej sytuacji polegał na tym, że sama te pułapki na siebie zastawiałam. Szukałam powodów do radości poza sobą. Pułapką było tu tylko chwilowe poczucie pełni życia. Zrozumiałam, że pełnia jest w nas samych, bo każdy człowiek ze swoimi wadami i zaletami jest istotą kompletną, niepowtarzalną i w swojej istocie dobrą i wartościową. W takim podejściu do człowieka od razu widać, jak wszelkie "wieczyste prawdy" o życiu, szczęściu, miłości, cierpieniu, mają swoje korzenie w oportunizmie i zwykłej głupocie. Widać też, jak łatwo, pozostając "ślepcem", można zostać marionetką poruszaną przez zdolnych cwaniaków, fałszywych proroków, pozornych "inteligentnych" mędrców. Świadomość takiej prawdy bywa kłopotliwa, ponieważ trzeba wziąć się w garść i nie rozczulać się nad sobą oraz bolesna, ponieważ - świat okazuje się przeciwny marzeniom - nieprzyjazny i zły. Napełnia jednak spokojem i odwagą, dając wielkie poczucie szczęścia i prawdy. Mam nadzieję, że w ciężkich chwilach, które jeszcze przede mną, zachowam iskry radości i wiary, że cierpienie może mnie uszczęśliwić, bo nigdy do końca nie wiem, czy nieszczęście to szczęście - tylko teraz inne. Ktoś dla mnie bardzo ważny powiedział mi, że jestem optymistką. Nigdy tak o sobie nie myślałam, ale od tego momentu moje życie jakby nabrało innego wymiaru. Mam świadomość, że pomimo cierpienia, lęku i smutku przechodzącego w apatię, radość jest we mnie bezustannie. Już teraz wiem, jak jest ważna, jak inspiruje mnie do działania i sprawia, że świat staje się bardziej oswojony i bezpieczny. Tylko ode mnie należy, czy będą pochmurna jak pogoda za oknem, czy też uśmiechnę się do siebie, budząc się rano. Najnowsze badania psychologiczne wskazują na to, że optymiści są zdrowsi, lepiej się uczą, są kreatywniejsi zawodowo, mają szczęśliwsze małżeństwa i dłużej żyją. Są to ludzie uważni na siebie i innych, dbający o higienę psychiczną, ale i o swoje ciało, a głównie - o jakość swoich myśli. Ponure myśli uczynią nasze życie nieszczęśliwym i smutnym. Myśli pozytywne i pełne radości uczynią je szczęśliwym, spokojnym i dadzą nam poczucie jego sensu. Człowieku, jesteś istotą rozumną i empatyczną. Wykorzystaj ten fakt dla siebie, a nie przeciw sobie! - powiedział to ktoś ...Kto? Może ja - w chwili cierpienia - ale i w chwili uważnej i pełnej radości.


powrót do spisu treści


Małgorzata Antończyk

Wiosna


 

          Powiało wiosną
          Wszystko się do życia budzi
          W naszych sercach miłość rozkwita
          I chęć zbliżenia do ludzi

          Wiosna i miłość
          To jak siostry bliźniaczki
          Obie piękne, upragnione
          Na strunach naszych uczuć grają
          I wielką moc posiadają

          Potrafią czynić cuda
          Pączek zmienić w piękny kwiat
          Dwa serca połączyć nicią tajemna
          I poprowadzić razem przez świat.

          Tak od wieków z nimi bywało
          Tak trwa
          I oby na zawsze zostało.

 


powrót do spisu treści


Urszula Góra

TO ONI


 

          To Oni - pełni promiennych iskierek w oczach
          i radosnego uśmiechu...
          To Oni!
          Ufnie spogladają na przechodniów z ulicy
          bez wzajemności.
          To Oni!
          Nigdy nie proszą o pomoc
          - wszystko przyjmują bez buntu
          z pokorą.
          Spotykaja się z bolesnym grymasem...
          ironicznym spojrzeniem...
          To Oni!
          Niepełnosprawni...
          Sprawni inaczej
          To od nich powinniśmy się uczyć
          cierpliwości i pokory.
          To Oni!
          Są silni duchem -
          i wytrwali w cierpieniu...
          Podajmy im pomocną rękę,
          przyjazne spojrzenie...
          radosny uśmiech...
          Przyprawmy im skrzydła
          - niech tworzą...
          Wzbijają się jak orły do lotu
          Przecież mimo ograniczeń
          tworzą rzeczy piękne -
          Są wśród nas -
          kroczą tymi samymi ulicami
          oddychają tym samym powietrzem
          Nie pozwólmy, by czuli się obco
          Darujmy im swoją przyjaźń
          - tak zwyczajnie
          Szanujmy się!

 


powrót do spisu treści


Anna Jachimska

List


 

          Napiszę Ci list Boże
          Literki pieśni
          Spod pióra uciekają

          opowiem Ci
          Że szkoła nie z murów złożona
          Tam mnie kochać nauczono

          Tylko niepewność i rozterka
          Kołaczą się we mnie
          Nie wiedzą
          Czy materią jedynie
          Wypełniać swój dom
          Czy cień serdecznej nadziei wpuścić
          Na lepsze jutro

          Bo Ty matkę nadzieję mi daleś

 


powrót do spisu treści


Grażyna Tomczyk

Nad jeziorem wspomnień


 

          Nad jeziorem drzewa w otulinie śniegu,
          smukłe cienie kładą się na wodzie...
          Ach ten wiatr styczniowy z przeszłych dni
          kurzy śniegiem
          miesza chmurę
          pod skrzydła ptakom,
          w okna,
          ... w okna melancholijnych zmierzchów
          i nocy połyskujących biało.

          Gna czas,
          ubywa zimy,
          kra wspomnień bliska
          na rzece odwiecznych powrotów...
          Na kruchym jeziorze zatopię
          swe nieostrożne serce.

 


 
Zimowy dzień

          Delikatne, jeszcze zielone
          źdźbła traw
          okrył pierwszy śnieg,
          mróz trzyma niewielki,
          spłynie jutro woda
          stróżką szemrząc
          w rzekę snu;

          ptaki przemarzłe
          ukryte w gałązkach
          przyokiennego krzewu,
          głodne ptaki
          z bezmiaru nagłej zimy,
          bezmiaru
          niechcianej jawy
          co koniecznie chce być
          niezbędna...

          wiercą się wróble,
          przywołują;
          sypie śnieg,
          cicho, jak cicho...

 


powrót do spisu treści


Maria Bazielich

***


 

          Smutne drzew kontury
          jak haft
          na szarym
          płótnie,
          ogołocone
          z liści,
          przemoczone
          zimnymi strugami
          spływajacymi
          z szumem
          po konarach,
          zdają się
          wołać
          o jeden przynajmniej
          zbawczy
          promień
          słońca...
          tak jak człowiek
          zagubiony
          szukajacy
          ciepła
          i miłości...

 


powrót do spisu treści


Barbara Wiejowska

Z ewangelizacyjnych ścieżek

Kiedy przeczytałam treść dzisiejszego apelu ewangelizacyjnego, zastanowiłam się zaraz czy ja kogoś prócz męża przyprowadziłam do Chrystusa? Kiedy zawieramy przymierze z Panem i przyjmo­wani jesteśmy do zboru, marzymy o tym by bliscy, przyjaciele, rodzina - przyszli razem z nami. Prze­cież my ich tak szczerze kochamy, a prawda, którą im chcemy przekazać jest taka wspaniała, taka piękna! Chyba wszyscy powinni to zrozumieć. Mija rok, dwa, już mniej gorąco o tej Prawdzie mówimy, a tu wokół nas zaczyna się robić pusto. Dzieci w świecie, przyjaciele odsuwają się coraz bardziej. Znajomi nie życzą sobie w ogóle rozmów na tematy nas najbardziej interesujące. Mniej grzeczni wykonują gest kręcenia kółeczkiem na czole na nasz widok. I tak mija dzień za dniem. Kiedy byłam pierwszy rok w zborze przeczytałam w którymś ze "Znaków Czasu" jak zaradzić apatii kaznodziei, który nie widzi efektu swej pracy? Zdziwiłam się wtedy bardzo. Jak można w ogóle wpadać w apatię, głosząc tak wspaniałe prawdy? A teraz bywa, że i na mnie przychodzą czarne chwile zwątpienia i zniechęcenia, kiedy nie daje efektu moja praca ewangelizacyjna. Nie dość, że nie brakuje miejsca w zborze dla tych, których tłumy miałam przyprowadzić ze sobą (bo i takie plany miałam na początku), to jeszcze rodzone dzieci i wnuki, które w pierwszej fazie przynależ­ności do nowego wyznania były zainteresowane Biblią, chętnie modliły się i śpiewały piękne pie­śni ku chwale Bożej, teraz tracą całkowicie serce do nowych Prawd. W pierwszym roku nasza wnuczka Natalia była z nami w Grzybowie. Urok tamtejszych nabo­żeństw, pięknych chwil spędzonych jak gdyby w innym świecie, nastroił malutką tak, że nie chciała wcale wracać do Krakowa, do mamy i taty. W pierwszych dniach mobilizowała całą rodzinę do wspólnych modlitw. Teraz ona i wnu­czek przedkładają nad to wszystko video, telewi­zor. Interesują ich uciechy tego świata, tak jak i ich rodziców, a nie ci "nudni babcia z dziadkiem ze swoimi modlitwami przed każdym jedzeniem i smętnymi śpiewami". A jeszcze kiedy nie można się w ogóle pochwalić przed dziećmi swoimi dziad­kami, którzy jakby na bakier są z rzeczywistoś­cią, to już całkiem "nie tak". I tu właśnie zaczyna się problem naszego znie­chęcenia. Ostatnio przybiegł wnuczek, był bardzo zbulwersowany i z żalem zawołał:
- Babuniu! Pan Wacek (sąsiad z drugiego domu na wsi) powiedział, żeby dziadziuś się obrzezał, bo jak święci sobotę, to niech się da obrzezać.
I tak wnuczek, który nas kocha, którego my kochamy, zamiast być dumny ze swojego dziadka, jest pogrążony w rozpaczy. A dla nas jest to poli­czek, bo już się zdawało, że po kilkakrotnych ewangelizacjach, Pan Wacek - skądinąd bardzo miły i uczynny sąsiad - zrozumie sens tego, co chcieliśmy mu przekazać. I tu znowu zaczynamy się czuć bardzo nieudanymi narzędziami naszego Pana. Przepraszamy Go za to i żyjemy dalej zapa­miętując się w pracy. I kiedy zdaje nam się, że jesteśmy do niczego, przychodzi miła chwila, która daje powód do dumy naszemu wnukowi. Otóż pewnego dnia deszcz leje jak z cebra. Dzie­ci rozrabiają nie do wytrzymania - od sąsiadów czworo, naszych dwoje. Sąsiadka błaga mnie o po­moc. Nie dosyć, że "głowa pęka" od hałasu, to jeszcze podłoga zadeptana do granic możliwości (wiadomo, że dzieci nie utrzyma się nawet w naj­większy deszcz w domu). Przypominam sobie na­gle, że mam te opowiadania na lekcje szkoły so­botniej. Biorę więc teczkę pod pachę i idę do są­siadów. Zapraszam dzieci, które siadają gdzie któ­re może i najpierw z małym, a potem z coraz większym zainteresowaniem słuchają. Mało tego, dosiada się babcia i mama, i tak grono moich słu­chaczy powiększa się. Jestem szczęśliwa, a naj­więcej, gdy mój wnuczek przychodzi po południu i relacjonuje:
- Babciu, pan Wacek powiedział, że jeszcze ta­kiej ciszy i spokoju przez dwie godziny to nie było u nich w domu przez całe wakacje.
Filip jest znowu dumny ze swej babuni, a bab­cia szczęśliwa, bo "przemyciła" wiele Prawd ze Słowa Bożego i wiele wspaniałych przykładów na efekty słuchania tego Słowa. Bóg dał mi pociechę i zachętę do dalszej pracy ewangelizacyjnej, za co niech Mu będzie cześć i chwała. A kiedy doczekamy się z mężem, że nasze dzieci i wnuki staną ramię w ramię w na­szym Kościele - do końca życia będziemy mieli za co dziękować Bogu. Amen.


powrót do spisu treści


Lidia Tomczuk

Życie


 

          Jakie to proste - żyć, tak po prostu,
          Trwać, cieszyć się tym co się ma.
          Nie oczekujac w zmian niczego oprócz ciepłych rąk,
          Blasku śmiejących się oczu
          Życzliwych słów
          Serdecznego uśmiechu -
          Nie oczekujac niczego oprócz miłości,
          Poczucia bezpieczeństwa.
          Świadomości, że jest się komuś potrzebnym!
          Jednak to, co wydawało się tak dziecinne proste
          - jest tak niesamowicie trudne - to ŻYCIE!


 


powrót do spisu treści


Krystyna Kalemba

***


 

          Czas Aniołów znowu powrócił.
          Z głośną ciszą, co mową świata.
          Sfrunął z chmury Anioł Pamięci.
          Czas wciąż płynie, lecz się odwraca.

          Bo mój Anioł musnął skrzydłami,
          przywrócone chwile z oddali.
          Więc są faktem minione lata
          I my DUZI jak dawniej MALI.

          I jak kiedyś, gdy byłam Mała,
          Znów Anioła Stróża przywołam.
          Niech mnie broni przed złością świata,
          pod skrzydłami jak dawniej chowa.

          Niech ta chwila urośnie w lata,
          które inny zegar odmierza.
          I niech sensem stanie się droga,
          Co z wieczności... I w wieczność zmierza.


 


 
***

          Wjechał pociąg na stary dworzec,
          w labiryncie nitka mignęła.
          Nasza pamięć wyszła z niebytu.
          Znowu żywa - nie przeminęła.

          Mój Aniołku niezapomniany
          byłeś stróżem mojego Początku.
          To był pierwszy romans ze światem.
          Młodszy świat miał barwę błękitu.

          Przyjechałam do Ciebie Aniołku
          z światłem wiary, co grzechem nietknięta.
          Wieczór wtedy był pozłacany,
          nasza chwila - czysta i święta.

          Dziś nade mna się nie pochylasz,
          lecz wciąż wierzę, że byłeś prawdziwy.
          Więc przywróćmy nasz Czas odwrócony.
          I sfruń do mnie znowu jak żywy.


 


powrót do spisu treści


Dorota Suder

***


 

          Szczególny czas nastał,
          radość z nadzieją się przeplata,
          w sercach na nowo się odradza.
          Ziarenko dobroci,
          Szczypta życzliwości doprawiona
          uśmiechem.
          Tak dużo nie trzeba, by to co ważne
          i bliskie spełniło się w nas i dało
          plony pomyślne.

 


 
***

          Do drzwi puka pachnąca lasem
          choinka pięknie przystrojona
          ze świątecznymi życzeniami.
          Bombka czerwona lśniaca swoim
          blaskiem życzy zdrowia i pomyślności.
          Bombka zielona - nadziei i pokrzepienia.
          Bombka złota - by wszystkie marzenia się
          spełniły i radosć w sercu była wielka.
          To wszystko przyozdowione połyskujacą
          ozdobą - łańcuchem scalajacą te wszystkie
          elementy, by móc rzec wreszcie w jedno
          szczęście.

 


powrót do spisu treści


Krystyna Miga-Szindler

ANIOŁ

Mróz bezlitośnie szczypał uszy i nosy przechodniów, którzy podobni do mrówek, obarczeni różnego rodzaju pakunkami, paczkami, a jeden niósł jeszcze choinkę pod pachą, pospiesznie przebiegali ulicę i alejki plant, by zapaść potem w jakąś czeluść bramy. Inni biegli do oczekujących ich pociagów, by w cieple przedziałów myśleć o domu do którego jechali, do domu gdzie oczekiwał ich uroczyście nakryty stół i biały kawałek pszenicznego ciasta - opłatek. To był wieczór wigilijny. Wieczór, w którm zanikaja wszelkie urazy, wieczór, w którym choć przez chwilę najbardziej zatwardziałe serce ludzkie zabije mocniej. Anna wracała do domu - mimo wszystko szła powoli. Nigdzie się nie spieszyła.Nie patrzała na bogato i kolorowo udekorowane wystawy, uliczne dekoracje, nie chciała widzieć w oknach oświetlonych choinek. Tego właśnie dnia, a właściwie wieczoru chciała być zupełnie sama z dala od rodziny, od wspomnień, wzruszeń, radości. Zabrakło tego, komu wystarczył już tylko długo świecący szklany znicz osadzony w wianku z jedliny. Zamyślona Anna wychodząc z tunelu przy plantach, napotkała na swej drodze Anioła. Stał wysoki, promieniujący blaskiem, radośnie wznosił w górę skrzydła. Popatrzyła na niego. I nagle w sercu Anny coś zabolało. Przypomniał się jej anioł, który królował na szczycie choinki, kiedy była mała. Przed jej oczami stanął duży piękny pokój, choinka "pod sam sufit", ozdobiona mnóstwem kolorowych zabawek, robionych pieczołowicie przez długie jesienne wieczory przez Mamę. Czego tam nie było - pawie pióra, dzbanuszki, pajace, koszyczki, dzwoneczki, dwojaczki, cukierki w barwnych postrzępionych bibułkach i lukrowane pierniki, i czerwone jabłka, złocone orzechy, a wszystko oplecione łańcuchem ze złotej słomki. Na szczycie anioł w pięknej długiej białej sukni, ze złotymi skrzydłami - anioł uśmiechający się do Ani, która wtulona w poduszki na kanapie wraz z ukochanym misiem, słuchała jak jej babcia gra na pianinie kolędy. To był ostatni rok królowania aniołka, bo potem przyszły lata, kiedy nad światem latały czarne anioły, niosąc zamiast radości i pojednania - spustoszenie i śmierć. I teraz patrząc na "plantowego" anioła poczuła ogromną złość, prawie nienawiść, wtedy, kiedy ona tak bardzo pragnie odizolować się od wspomnień tego dnia, on jej to wszystko przypomniał. - I po co tyś to zrobił - krzyknęła prawie na głos. Stojąc, w duchu obrzucała go oskarżeniami, chciała mu powiedzieć, jak bardzo nie znosi tego właśnie dnia, chciałaby głośno krzyczeć, by zakłócić ciszę, jaka zapadała nad miastem, wykrzyczeć całą nienawiść i do tego dumnego anioła i tych ludzi, którzy w domach zasiadają już do wigilijnej wieczerzy. Anioł słuchał niemych oskarżeń Anny, posmutniał, zasłonił skrzydłem twarz. Na plantach był już tylko Anioł i Anna. Anna pełna nienawiści patrzyła na Anioła. W pewnej chwili poczuła, że coś spadło na jej rękę, która przed chwilą wygrażała Aniołowi. Spojrzała - leżała na niej mała grudka lodu, jakby perełka. Nie ziębiła - grzała? Popatrzyła na Anioła, płakał. Zaskoczona ujrzała, jak spod zasłoniętej skrzydłem twarzy spływają łzy. Zamarzały i świeciły jak brylanty. I tak jak z oczu anioła spływały łzy, tak czuła, że przenikają one do jej serca, niwecząc całą złość, napełniając ciepłem i uczuciem. Chciałaby przeprosić anioła, ale wiedziała, że on już zna jej uczucia, że wszystko już wie, bo powoli odsłonił twarz. Długą chwilę patrzyli jeszcze na siebie, po czym Anna odwróciła się i odeszła. Szła do domu, a wokół niej była bajka jaką może stworzyć tylko natura - śnieg i mróz. Ośnieżone drzewa w plątaninie gałęzi otulone śniegiem, przybrane brylantami maleńkich lodowych koralików, lśniący śnieg. Mijała z dala widoczne oświetlone stare kościoły. Było już tak cicho, z żalem opuszczała ten zaczarowany świat. Przy wyjściu z plant jeszcze raz spojrzała w stronę Anioła. Z daleka widniała jego promieniująca blaskiem postać. Czuła się teraz tak, jakby Anioł zabrał cały jej ból, zniechęcenie i dał jej najpiękniejszy prezent gwiazdkowy - wewnętrzny spokój. Weszła do bramy idąc po starych skrzypiących przeraźliwie schodach, słyszała głosy sasiadów śpiewajacych kolędy - szczęśliwych, radosnych świąt - pomyślała w duchu i poszła do siebie. Kiedy weszła do mieszkania poczuła ze zdziwieniem zapach choinki i świeżego ciasta. To podczas jej nieobecności ktoś z rodziny zrobił jej niespodziankę. Poczuła się zawstydzona, zlekceważyła rodzinę, która mimo wszystko nie chciała, aby czuła się osamotniona i k... głodna. Spojrzała na choinkę, była ozdobiona lampkami i maleńkimi bańkami. Zastanowiła się przez chwilę, potem wzięła krzesło i z pudła na pawlaczu wyjęła swojego aniołka. Przetrwał przez wiele lat, postarzał się, zbladła mu twarz, suknia poszarzała i stala się niemodna, skrzydła straciły blask i nieco piórek. Ale to był jej Anioł.Anioł dziecięcych radości, wspomnień. Anna otrzepała go z kurzu i pieczołowicie umieściła na szczycie choinki. Aniołek a właściwie stateczny Anioł z uśmiechem patrzył na Annę, odnajdywali się oboje, jakby nie było tych lat, które ich dzieliły. Anna podeszła do okna, odsunęła firankę. Na ulicy było już cicho, jeszcze tylko zaskrzypiał śnieg pod czimiś butami i lekko trzasnęła brama, jeszcze tylko gdzieś zaszczekał pies, krótko i jakby zawstydzony ucichł. Niebo jasniało milionami gwiazd, milionami gwiezdnych znaków zapytania. Anna przypomniała sobie fragment wiersza, który napisała po śmierci Ojca" "na jakiej szukać cię planecie, w jakiej konstelacji gwiazd przebywasz..." Jedna z gwiazd świeciła jaśniej, może to właśnie ona przed dwoma tysiącami lat temu głosiła swiatu, że daleko stąd w grocie czy też szopie urodziło się małe dziecko - dziecko, które choć małe, było Wielką Miłością. Anna powoli zasunęła firanki, podeszła do pianina i zaczęła grać. Anioł wyprostował zreumatyzowane skrzydla, strząsnął z sukni niewidzialny pyłek i z aprobatą pokiwał głową, Cicha noc święta noc...


powrót do spisu treści


Krystyna Rożnowska

Podarunek


 

          To był bardzo trudny dzień
          bez natchnień twórczych, bez marzeń
          za to obarczony troską o codzienny
          bieg zdarzeń, pełen niespodzianek.
          A jednak ten wiersz został mu podarowany.
          Bo jutro wszystko się odmieni.
          Przyjdą wierni przyjaciele i przyniosą z sobą
          siłę ramion wspierającą, uścisk dłoni
          i niegasnacą nigdy przyjaźń,
          która walczy i obroni swych przyjaciół w biedzie.
          o jak wielka jest potrzeba jej istnienia.
          Ona zło w dobro zmienia i darzy spokojem.
          Tak to prawda, przyjaźń jest dla ludzi
          podarunkiem N i e b a.

 


powrót do spisu treści


Stanisław Zając

Moja Gwiazdka


 

          W gwiazdozbiorze planety ziemia - ziemia
          Migotała i lśniła w plejadzie gwiazd
          Ona w uśmiechu była - jedyna
          Lecz gdzieś znikała w kosmosie bram

          I trzynastego w piątek wieczorem
          Aby zaprzeczyć prognozie złej
          Postanowiła być dłużej trochę
          ogrzać mą duszę - by było lżej

 


 
***

          Patrzę dziś na stare już lotnisko
          Z którego miałem wystartować
          - na piękny życiowy lot

          Tak wielkie nadzieje z nim wiązałem
          Jednak z perspektywy czasu
          - dziś na pewno już wiem

          Samolot ten dawno już wystartował
          - ja przegapiłem swój lot

 


powrót do spisu treści


Agnieszka Pojda

xxx


 

          Posiałam trawę - nie wyrosła.
          Zasadziłam róże - nie zakwitły.
          Zbudowałam dom - zawalił się.
          Powiesiłam most nad przepaścią - urwał się.
          Rzekłam słowo - przeciwko mnie się obróciło.
          Pokochałam - miłość zgubiła mnie.
          I tak stoję na gładkich kamieniach, bezdomna nad przepaścią -
          - lecz umrzeć mi nie wolno, bo co krok przepaść oddala się.
          Muszę żyć, choć nie mam dla kogo i gdzie.
          Czy cokolwiek ma jeszcze sens?

 


powrót do spisu treści


Anna Makowska

***


 

          Rozbita, jak mały gliniany dzbanek
          błagam Ciebie
          przyjdź!
          Zbieraj mnie kawałek po kawałku
          w swoje święte ręce
          I sklejaj
          MIŁOSIERDZIEM

 


powrót do spisu treści


Ewa Werfel

CO TO JEST "EMZETÓW"?

Jest piękny ranek, kogut budzi ludzi, szarówka, już się rozwidnia. Zadbana rudera, w której mieszkają rodzice z niepełnosprawnym umysłowo Waldkiem, stoi między drzewami. Waldek śpi, do jego pokoju wchodzi po cichu mama i budzi go, bo trzeba iść do szkoły. Waldek jest smutny, bez ruchu. Nic mu się nie chce. Tylko z zazdrością marzy, że chciałby by być jak inne dzieci. Nie chce iść do szkoły, bo dzieci w klasie mu dokuczają. Przezywają go "KALEKA", bo ma utratę równowagi. Podkładają mu nogę, aby się przewrócił i wtedy się śmieją z niego, a on płacze. Jego mama bardzo go kocha, tuli go, chce mu dać ciepło, którego mu w środowisku brakuje. Waldek miał jeszcze dwóch braci. Jeden umarł, a drugi się ożenił. Ten co umarł bardzo kochał Waldka, lubił się z nim bawić i pomagać mu w nauce i w pracach domowych mamie. Jego tatuś wyjechał do Niemiec, aby zarobić trochę więcej pieniędzy, a mama z Waldkiem w Kraśniewicach. Codziennie, gdy Waldek jest w szkole, mama szykuje jakieś słodkości. Robi mu niespodziankę choćby coś drobnego, ale zawsze coś, bo go kocha. Waldek jest na lekcji matematyki, Nauczycielka pyta tabliczki mnożenia każdego ucznia. Jedni drugim nawzajem podpowiadają, wygłupiają się w ławkach, pani się na nich denerwuje, a Waldek siedzi spokojnie w ostatniej ławce. Nauczycielka spytała Waldka, długo się zastanawiał, ale powiedział dobrze. O jedną ławkę do przodu siedział uczeń, którego przeżywali "Włóczykij" (to dobry wagarowicz!). Waldek od włóczykija dostał w łeb. Wszyscy w klasie się śmieją, bo Waldek ma skandowaną wymowę, a on się denerwuje. Posypały się od uczniów brzydkie wyrazy np. "Z tym wariatem do psychiatry". On nie potrafi się obronić - płacze. W końcu nie wytrzymał, wyszedł z klasy. Waldek panicznie boi się każdego dzwonka na przerwę. Pewnego razu ta niedobra dzieciarnia zamknęła Waldka w szopie i próbowali ją podpalić. Zauważył to pewien człowiek, który pracował w Emzetowie, kiedyś jako ortopedian i właśnie on uratował tego chłopca, a tamtych zgłosił na policję. Cała akcja dzieje się w normalnym świecie nienawiści. Waldek podziękował temu człowiekowi, że uratował mu życie. Pan zobaczył, że chłopiec się bardzo przewraca, zaprowadził go do siebie do domu, kazał mu usiąść na krzesłach "DEO BAROKO." Opowiadał mu o pracy w Emzetowie. Malec pytał go, co to Emzetów. Nowe słowa, pojęcia, nazwy. Jest niedziela, dla Waldka to święty dzień. Waldek poszedł rano na mszę dla dzieci do pobliskiego kościoła, a mama przyszykowała smaczny obiad. Waldek wchodzi do kościoła, patrzy, siedzą te gnojki i się oglądają, czy nie ma Waldka, aby mu dopiec. Waldek schował się za filarem, ale tak najadł się strachu, że ukrył się za potężnym obrazem stacji Drogi Krzyżowej - później uciekł. Dzieciaki wymyślili na niego zasadzkę. Przywiązali go do roweru i tamten pruł rowerem, a ten jechał po ziemi uwiązany za ręce. Podarli mu ubranie, spodnie mu zleciały z tyłka, a ta gówniarzeria zrobiła sobie ubaw. Waldek wchodzi do domu brudny obdarty, pokaleczony, zapłakany, mama go nie mogła poznać, zostawiła robotę, wzięła się za niego, kartofle zaczęły uciekać, mama przykręciła gaz i zajęła się Synem. Od tej pory mama zmieniła rytm dnia. Od następnej niedzieli chodziła razem z Waldkiem do kościoła na mszę dla dzieci. Mama zmieniła lekarza, pojechała z Waldkiem do Warszawy, do kasetologa. (kasetolog to inaczej psychiatra z Emzetowa). Ta pani doktor przyjęła go bardzo serdecznie, rozmawiała z nim jak z największym przyjacielem. Proponuje mamie Waldka, aby dać go do szpitala w Emzetowie. Waldek siedzi smutny, pani doktor go pogłaskała, uśmiechnęła się i opowiada mu o tym szpitalu, zadaje mu pytania. Waldek nie chce się zgodzić na szpital, jest nieśmiały. Szpital ten jest najbliżej w Mieślako-Trafione, jest serdeczna opieka, odpocząłby sobie. Waldek zaczął się interesować co to jest Emzetów, bardzo był zainteresowany. Pani doktor wypisuje skierowanie i dzwoni po karetkę CRYSTAL (to jest mała karetka, żaro- formetańska). Przyjechali, są bardzo mili, rozmawiają z Waldkiem, są uśmiechnięci panowie z halabardą, pani doktor z karetki w wielkich okularach i stiuardessa. Chłopiec się rozpłakał nie chciał wejść do karetki, z mamą wsiadł. Stiuardessa zrobiła pomiar ciśnienia tassowego, coś jej się nie podobało, poprosiła panią doktor, jeszcze raz od początku buntuje termoforaża i pomalutku spuszcza. Ciśnieniomierz wydaje głos: pi pi- pi, pi pi- pi. To tasowaczka SIEWIASIMSKA. Waldek się pyta, co to jest, bo nie słyszał nigdy tego pojęcia. Pani doktor i stiuardessa mu wyjaśniają. A strażnicy się serdecznie uśmiechają. Waldek zauważył, że ludzie z EMZ - to jak rodzina, przyjaciel. Dojeżdżają do szpitala, wychodzą z pojazdu, mama niesie chłopca na rękach, on jest bardzo smutny. Waldek przez cały proces przyjęcia nie mówi nic potem już na sali mówi, że podobają mu się ludzie z Emzetowa. Pani doktor każe się Waldkowi położyć do łóżka, on nie chce, prosi mamę żeby nie odchodziła. Mama mu obiecuje, że będzie odwiedzać go co drugi dzień, przytuliła Waldka, spytała się co chciał by, mu przywiozła on od razu "piłkę." Pojawił się u chłopca od razu uśmiech. W tym momencie przyszła stiuardessa z ciśnieniomierzem tassowym i obiecuje Waldkowi, że jak będzie grzeczny i nie będzie płakał - to przyniesie mu niespodziankę. Waldek poweselał, stiuardessa robi mu pomiar TASS. Waldek tego nie lubi, dlatego stiuardessa z nim rozmawia żeby o szpitalu nie myślał, tylko o tym co lubi. Na tym polega leczenie, że prędzej wracają do zdrowia. Mama pożegnała się z Waldkiem i pojechała rykszą do domu. Waldek leży smutny, samotny, przychodzi lekarz, kasetolog, (psychiatra). Pochyla się nad łóżkiem małego pacjenta i zaczyna rozmowę. Potem sprawdza mu nogi, ręce, ogląda głowę. Nakłada na głowę. Nakłada na głowę słuchawki i coś nagrywa specjalną aparaturą AVIVIDEOSS. Chłopiec miał podłączone elektrody do głowy do nóg. Lekarz natychmiast wyjął z kieszeni komórkę i dzwoni po strażników, aby zabrali go na salę na oddział "DULCYŃski" tzn. oddział dla poważnych tasowaczek. Przyleciała stiuardessa, (pielęgniarka). Kasetolog zlecił zrobić okłady na nogi termoforami" PINIAŻ DULCYNEA", takimi, którymi owija się nogi i rozwija bandażem. Waldek dostał nowy dulcyński lek, który rozrabia się w mleku przegotowanym, lub w podgrzewanej serwatce. Ten lek strasznie ciągnie. Na drugi dzień chłopiec bardzo źle się czuje, dostał gorączki. Przyjechała do niego mama. Lekarz kasetolog mamie wyjaśnia, że on musi mieć takie leki, bo to jest bardzo wstrętna i niewidzialna choroba i mówi, że on może się zacząć cofać, zamieni się w malutkie dziecko, że będzie miał kiedyś pięćdziesiąt lat, a będą go wozić w wózku dziecięcym. I mówi dalej, że teraz w przedszkolach, szkołach i zakładach pracy wszystkim robią, dzieciom co drugi miesiąc, a dorosłym dwa razy do roku pomiar ciśnienia tassowego, aby wykryć to choróbska i leczyć. W ten sposób można zatrzymać proces chorobowy. Człowiek może być kaleką, ale nie będzie dzieckiem zostać w swoim wieku. Jest sobą. Mama wchodzi zapłakana do chłopca, do sali, on sobie smacznie śpi. Próbowała wstrzymać łzy, weszła stiuardessa, przytuliła mamę i próbuje ją uspokoić, pocieszając, że będzie wszystko dobrze. Teraz jemu się przypomniało, że chciał piłkę. Poszła do sklepu, kupiła mu piłkę, nową białą i gdy weszła z powrotem do szpitala, stiuardessa mówi do mamy z uśmiechem, że Waldek na nią czeka. Szły szybko, z rogu niespodziewanie wyszło dwóch halabardników, mama wpadła na nich było kupę śmiechu. W końcu mama wchodzi na salę, Waldek siedzi w łóżku i coś mruczy pod nosem. Mama się uradowała, że mu tak wesoło. Zrobiła mu wielką niespodziankę, dając mu tę piłkę. A jeszcze przytaszczyła wielką torbę, wyciągnęła z niej dużego pluszowego misia. Chłopiec był bardzo szczęśliwy. Ezetowie ten misio kosztował tylko cztery złote, bo tu wszystko jest bardzo tanie. Mama usiadła na krzesełko koło łóżka Waldka i rozmawia z nim. Waldek chciałby móc sam posprzątać swoją salę. Mama obiecuje Waldkowi, że jak dojdzie do siebie pójdzie na ortosunerję*. Mama kładzie misia koło Waldka, on się uśmiecha. Widać było, że Waldek był naprawdę szczęśliwy, że mama jest przy nim sercem i osobom. Przyszedł lekarz, który prowadzi Waldka, przeprosił go i poprosił mamę do gabinetu. Mama się dowiaduje, że Waldek wróci do takiego stanu w jakim był, że będzie chodził, ale choroba będzie do niego powracać. Trzeba mu robić co najmniej co drugi, trzeci dzień pomiar TASS. Lekarz mamie proponuje, aby przeprowadzili się do EMZ. Opowiada jej, że tu są wysokie raty i zapomogi, że człowiek w biedzie nie zostaje sam. Jest taki zakon Emzetów Ci zakonnicy nazywają się Crystalnicy, kobiety Crystalanki, oni pomagają wszystkim we wszystkim; np. zepsuje się rower lub wózek, jak masz komórkę - numer "56" i już są, robią naprawiają za darmo. Lekarz zauważył, że Waldkowi tu się podoba i tłumaczy mamie, że tu szybciej powróci do zdrowia. Mamę bardzo zdziwiło, że w Emzetowie wszyscy śpią z termoforami, od dziecka aż do końca życia. To jest obowiązkowe. Dobrze się wypoczywa i w dzień człowiek jest trzeźwy, może więcej coś zrobić.


powrót do spisu treści


Wanda Zastępska

Rozmowa


 

          Rozmowa w milczeniu,
          To przekaźnik impulsu
          Poprzez myśl.
          Ona biegnie w stronę,
          Którą sami wybierzemy.
          Toczy się własnym rytmem,
          Trafia do celu,
          Gdy zostanie zrozumiana.
          Wtedy trwa dialog
          W czasoprzestrzeni,
          Nikt nie jest w stanie
          Myśli odmienić.
          Nie ma dostępu
          Do mowy gestów,
          Ani do tajnych
          Myślowych tekstów.

 


 
Rutyna

          Gdy życie staje się rutyną,
          Człowiek przestaje być spontaniczny.
          Gdy żyjemy "na czas"
          Życie mija obok nas.
          Rutyna łączy się z monotonią,
          A człowiek przestaje być sobą.

 


 
Walory

          Nie wygląd jest ważny,
          Lecz walory "wnętrza"
          Choć uroda mogłaby
          Wnętrze uzewnętrzniać.

 


powrót do spisu treści


Beata Michalak

Tajemnica


 

          To tajemnica moja i brata:
          My razem z bratem
          Umiemy latać.
          Gdy noc przysiada
          Na naszym łóżku,
          Lecimy w górę
          Z miękką poduszką.
          Budzimy
          Nocne duchy i strachy,
          Ścieramy kurze
          Z najwyższej szafy.
          Na żyrandolu
          Siedzimy chwilę,
          Tak jak dwa ptaki
          Lub dwa motyle.
          Lecz gdy słyszymy,
          Że idzie mama,
          Sfruwamy na dół
          W naszych piżamach!

 


 
W Krakowie

          W zielonym Krakowie
          Tyle do zwiedzania!
          Zaprasza nas Wawel
          I Floriańska Brama
          Stare kamienice,
          Planty
          I co więcej?
          Jeszcze zapraszają nas
          Krakowskie precle.
          Cieplutkie i świeże,
          Cieplutkie i zdrowe.
          Będę je wspominać
          Wraz z pięknym Krakowem.

 


powrót do spisu treści


Alojza Pasowicz

Dziennik z życia pisany - fragmenty

Korowód czarnych scenariuszy kręci się i kręci, wir pesymizmu bliski. Ślady złych emocji idźcież sobie... a kysz! Życie tak cudownie pachnie. Nie wolno więc zgubić nadziei, nie wolno. Dobrze, dobrze, ale spróbuj dźwignąć się z łóżka szpitalnego przygnieciona bólem... Próbuję na chwilę unieść głowę; cichy cud chęci życia przecież istnieje. Spoglądam w lustro przerażona. Moje oczy mieszczą wszystkie niepokoje; zaraz rozżala się, rozpłyną, oby, oby na krótko. Czy będą one jeszcze kiedyś promienne, radosne? Światło nadziei zawsze każdemu potrzebne, zwłaszcza, gdy przytłoczy proza życia.

***

Dzień jak ptak odlatuje. Cierpkości staram się zostawić w spokoju, choć ogarnia żal za częścią życia, które w jednej chwili rozpadło się. Czasem brak siły i dystansu by złe myśli wyparowały, ale nigdy nie wystawiam białej flagi kapitulacji, nie poddaję się. Choć trwożne dzwonki chwilami dźwięczą zbyt donośnie - usiłuję na swój sposób wyzwolić się z marazmu.

***

Wstaje nowy dzień, lecz niestety z mgłą smutku. Bowiem w nocy do sali szpitalnej wpadła śmierć i porwała kobietę - siwego gołąbka, co jeszcze wieczorem gruchał. Puste łóżko nasuwa przykre refleksje. Oby możliwie najszybciej wyrwać się stąd, nie oglądając się za siebie. Jak na razie chocholi taniec trwa.

***

Hej, hej, wyłazić z dołka, zbierać siły, odnaleźć się wreszcie. Trudno - życie skompikowało się i pogmatwało nie z własnego wyboru. Dlatego jego mniej niefortunne rozdziały czas zamknąć. Nie można spędzić żywota na ciągłym rozpamiętywaniu i użalaniu się nad sobą - Słyszysz?... Przecież ocalałaś, żyjesz dziś - teraz. Łap więc powiewy uśmiechu losu, doceniaj je, mimo wszystko wiele ich masz: troskliwy mąż, czułe, kochające dzieci, przyjaciele... ciesz się.

***

Próbuję dobywać najlepsze wspomnienia, bez zostawiania destrukcyjnych szczelin. Trzeba mi żyć mądrzej unikając zamartwiania się na wyrost. Wszak to droga do nikąd. Cudowne są słoneczne dni... Właśnie usłyszałam zapowiedź zdjęcia gipsu, choć na razie tylko z górnej części ciała. Mała furtka ku normalności uchylona.

***

Niestety życie to nie idylla. Na swój sposób walczę więc z przeciwnościami losu i uczę się żyć inaczej, na szczęście już poza szpitalem, w domu. Prysły marzenia o swobodnym poruszaniu się. Czeka mnie długi proces rehabilitacji i niestety niepełnosprawność. Któż zrozumie zamęt mej duszy?... Człowiecza drogo - posmutniałaś?...

***

Dzieciństwo, młodość, święta. Dobry anioł fruwał wówczas nad moją głową. Dziś kule - przyjaciółki zawlokły mnie w stronę okna, gdzie niebo zakwitło złotem gwiazd. Dziecie betlejemskie ulecz moje rany fizyczne i poranienia duchowe, otwórz serce na miłość Boga. Jak ongiś Mędrcy prowadzeni światłem gwiazdy, chcę trwać przy Tobie.

***

Za domem rajski ogród rozkwita spowity szadzią srebrzystą. Długie sople lodu znieruchomiały w zachwycie jakby szukały na szybach kwiatu paproci, które maluje mróz chuchnięciem geniuszu natury. Śnieg tworzy misterne cuda na drzewach, krzewach i opłotkach. Dziś niestety tylko przez okna patrzę, jak śnieżne gwiazdki niczym pióra aniołów tańczą, kołyszą się, wirują i wolno z gracją spadają tuląc naszą ziemię. Szczęściem śniegowe płatki i ku mnie lecą z uciechą. A podziw piękna zimy wędruje do krainy mojego dzieciństwa budząc wspomnienia. Układam kolejne strofy wierszy... Roztaczam pozytywne wizje spełnienia się. Mam w planie wykonać szydełkową serwetę z białego kordonku w kształcie gwiazdy - właśnie znalazłam wzór. Później zamierzam wyhaftować bieżnik z myślą o moich kochanych córkach.

***

Odzyskam siły, odzyskam, choćbym miała je wygrzebać z głębi ziemi. Bo nawet zaspy są do przebrnięcia, znam to już od dzieciństwa. Wyrwę drzazgę, co dotkliwie rani. Już w filiżance z kwiatkiem pachnie kawa. Zaczynam pisać przy niej.

***

Dni płyną jak rzeka unosząc bieg zdarzeń wciąż dalej i galej. Tymczasem radości w drobiazgach szukam, bo życie kruche jak muszelka, więc póki co, w pogodne barwy chce być ubierane - ja też nie znoszę szarzyzny.

***

Wirtuoz czas gra naturze, a ona wolno budzi się z domowych pieleszy - pocieszające. Podążać za swymi marzeniami, iść bez balastu obciążeń, kompleksów - och gdyby móc unieść się ponad wszystko. Wyłażę z domu o kulach, chociaż parę kroków, wychodzę i już! Muszę uładzić strach, niepewność, muszę odnaleźć się wśród zawieruchy życia. Nie stchórzę, jak wczoraj, kiedy po raz pierwszy po wypadku nacisnęłam tylko guzik windy. Dziś słońce dodaje odwagi... Moc niebiańska wielką jest.

***

Na kolejnym króciutkim spacerze spotkałam pozornie niepokaźną młodą osobę. Uśmiechnęła się życzliwie, zapraszając na ławeczkę. Czekała na kogoś z rodziny; emanowała ciepłem, serdecznością. Pomyślałam: jakie bogactwo duchowe noszą w sobie i dziś młodzi ludzie, jaką wspaniałą wrażliwość. To wielce krzepiące.

***

Obserwowałam wróbelka, który od matki domagał się okruszyny chleba. Z piskiem potrząsał skrzydełkami, by zrozumiała, że jest głodny. Wytrwałość malca została nagrodzona. Determinacja - siła tajemna... Skąd ja to znam?...

***

Wytrwale szukam normalności, choćby tej innej o kulach, by zaczerpnąć garść radości, jakiej dostarcza natura zwłaszcza o wiosenno-letniej porze. Codziennie bowiem w otoczeniu jakiś malutki cud się staje; rozkwita kolorem, zapachem, zachwytem, życiem. Patrzę - między blokami, alejką w stronę brzozy tup... tup... tup... O dziwo - jeż! Skąd ty kolczatku tu się znalazłeś, jakże śliczny jesteś?! Co ten spacer znaczy, czy kryjówki szukasz? Już widzę, widzę - jeż potrzebuje prywatności. Zwinął się w kulkę, jest uroczy. I jak tu nie czuć się zwiazana z ziemią naszą, całym bogactwem i pięknem przyrody, skoro smutek tlący jak ogarek gasi.

***

Wychodzę po deszczu. Skrawek nieba cudownie przepasany tęczą. Burza złamała łodyżkę krzewu - szkoda. Krzew jednak smaganiem pewnie wzmocniła. Ileż tych burz przetoczy się jeszcze?

***

Późnym wieczorem spadająca gwiazda napuszona, a ja mam ją prosić o spełnienie życzenia, a właściwie pragnienia odnośnie najbliższej osoby. Co robić?... Spróbuję. I oto zjawia się nadzieja z rewiru ptaków i aniołów, jakże słodka niebiańska rosa.

***

Czasem jestem w emocjonalnej głuszy. Jawi się duszna przytłaczajaca chwila; dopada pustka cierpka jak owoc tarniny, kula u nogi przeszkadza, chandra doskwiera. Na szczęście to uczucie na krótko, wynurzają się racjonalne argumenty przywołujące lepsze strony życia. Mam nadzieję, ze jutro pieśń zorzy obudzi nowy dzień także i dla mnie. Trzeba tylko wykrzesać siły, wydobyć z głębin chęci dla życia, dla samorealizacji, dla nadziei, furtkę otworzyć marzeniom i nigdy się nie poddawać.


powrót do spisu treści


Alojza Pasowicz

Witraże


 

          W witrażach
          jak w skrzydłach ważki
          drżeniu
          barwą i pięknem
          nasycona dusza.
          Tajemna mocą
          szary świat odmienią,
          gdy wokół chaszczy
          głusza.
          W witrażach
          znajdziesz światło Boga,
          koloryt natury
          stworzonej ziemi,
          radości promyk,
          morze nadziei.

 


 
Muszelka

          Słońce syci złotem,
          koloryt jesieni
          oplata gaje.
          W sercu tęsknota
          zostaje...
          - za niezabudką modrą
          co marzeniom skrzydła
          daje,
          - za muszelką kruchą
          jak szczęście.
          Posmutniała muszelka...
          - już się z plażą
          rozstaje
          w otchłań odpływu
          porwana,
          jak ulotna chwila
          trwania.

 


powrót do spisu treści


Patryk Szpak

Moje dzieciństwo

Nazywam się Patryk Szpak i mam 25 lat. Obecnie mieszkam w Domu Pomocy Społecznej w Bobrku i prowadzę w miarę spokojne życie. Lecz nie zawsze tak było. Oto moja historia. Urodziłem się w 1983 roku. Wówczas czasy były ciężkie. Brakowało jedzenia, pieniędzy, a półki sklepowe świeciły pustkami. W takim właśnie czasie przyszedłem na świat. Gdy byłem malutki okazało się, że jestem chory na astmę i że jestem alergikiem. W latach 80-tych trudno było dostać leki w aptece na moją chorobę, ale moja kochana mama nie dawała za wygrane. Ciągle czytała książki i przeglądała gazety z nadzieją, że znajdzie jakieś rozwiązanie. I wtedy właśnie przeczytała artykuł o inhalatorach. Postanowiła zdobyć dla mnie ten lek. Wysłała do Ameryki list z prośbą o przysłanie paczką leki. Inhalatory przysłali, a mama musiała dużo za nie zapłacić. Stosowałem ten lek, ale muszę przyznać, że tylko trochę mi pomogły. W latach 90-tych ciągle jeździłem do sanatoriów. Jako pierwsze odwiedziłem sanatorium w Rabce. Miałem wtedy 7 lat. Bardzo miło wspominam pobyt tam, lecz zabiegi niewiele mi pomogły, bo dalej chorowałem. Rok później znowu poszedłem do lekarza i zrobili mi testy alergiczne. Okazało się, że jestem uczulony na pyłki i kurz. Rozpocząłem leczenie tabletkami, a następnie dostawałem zastrzyki i dzięki Panu Bogu po trzech latach byłem już zdrowy. Swoją naukę szkolną rozpocząłem w szkole podstawowej razem z innymi dziećmi. Lecz nie czułem się tam dobrze. Miałem trudności w nauce. Gdy byłem w szóstej klasie koledzy bardzo mi dokuczali. Śiniali się, przezywali a ja już miałem tego dość. Doprowadziło to mnie do depresji. Wtedy właśnie mama postanowiła przenieść mnie do szkoły specjalnej. I już od następnego roku poszedłem do nowej szkoły. Moja nowa wychowawczyni była wspaniała. Na lekcjach robiliśmy dużo ciekawych rzeczy, a nauka stała się łatwiejsza. Raz nawet pojechałem z klasą na zimowisko do Wisły. Najlepiej pamiętam z tego wyjazdu drogę na stołówkę. Chodziliśmy na posiłki do miejsca oddalonego o pół godziny drogi. Musieliśmy iść pod górę, a wtedy było bardzo dużo śniegu, było ciężko, ale nie narzekaliśmy. Ogólnie bawiłem się bardzo dobrze. Mieliśmy dużo atrakcji: ognisko z pieczeniem kiełbasek, kulig a wieczorami śpiewaliśmy piosenki. Z okresu szkolnego zapamiętałem także wycieczkę do Krakowa. Spędziliśmy tam cały dzień. Zwiedzaliśmy zamek na Wawelu, a później poszliśmy do teatru na przedstawienie. Pamiętam, że byłem nim zachwycony. Podobali mi się aktorzy i ich stroje. Po występie biliśmy brawo. Gdy wyszliśmy z teatru było już ciemno, więc pojechaliśmy na kolację do McDonaldsa. Ja kupiłem sobie frytki i hamburgera. Jedzenie było pyszne. W okresie mojego dzieciństwa miałem jednego przyjaciela. Miał na imię Paweł. Bardzo go lubiłem. Spędzaliśmy razem bardzo dużo czasu. Ufałem mu, zwierzałem się z moich tajemnic. Robiliśmy razem wiele rzeczy, czasem nawet dosyć szalonych. Nasza przyjaźń trwała parę lat do momentu, gdy mój przyjaciel wyjechał na "Zieloną szkołę". Ja nie mogłem z nim pojechać, ponieważ moją mamę nie było stać na opłacenie tego wyjazdu. W tym czasie bardzo tęskniłem za Pawłem, więc napisałem do niego trzy listy. Gdy wreszcie po dwóch tygodniach przyjechał do domu zauważyłem, że się bardzo zmienił. Pokazał wszystkim kolegom moje listy do niego, a oni zaczęli się ze mnie śmiać i dokuczać mi. Było mi bardzo smutno z tego powodu. Jak mógł mi to zrobić, przecież był moim najlepszym przyjacielem! Nie widziałem go już osiem lat, ale zawsze będzie w mojej pamięci. Po skończeniu szkoły podstawowej, poszedłem do szkoły zawodowej. Uczyłem się zawodu kucharza. Moją wychowawczynią: była pani, która nie była dobrą osobą. Była starsza i niedługini czasie wybierała się na emeryturę. Nie lubiłem jej, bo wciąż krzyczała i rządziła. Gdy kończyłem trzecią klasę, nie dopuściła mnie do egzaminu końcowego a to spowodowało, że załamałem się. ,Do mojego złego stanu zdrowia psychicznego przyczyniła się również moja najbliższa rodzina. Rodzice często się kłócili. Bywało, że tata mnie uderzył, bo często się denerwował. Ja przez to też byłem nerwowy. Mój starszy brat - Daniel często uciekał z domu, bo nie mógł wytrzymać z rodzicami, ja z resztą też uciekałem do cioci. Bywało nawet, że u niej spałem. Ciocia bardzo mi w życiu pomogła. To nie jest moja prawdziwa ciocia, tylko taka "przyszywana", ale jest wspaniała i bardzo ją kocham. Zawsze mogłem na nią liczyć, choć ma swoją rodzinę, nigdy nie odmówiła mi pomocy. To co się ze mną działo w tym czasie doprowadziło do tego, że często trafiałem do szpitali psychiatrycznych. Ciągle miałem depresje. Dzięki dobrym ludziom, których spotykałem na mojej drodze, udało mi się przeżyć ten koszmarny czas. Mam jednak też miłe wspomnienia związane z moją rodziną. Pamiętamjak pewnego razu pojechaliśmy z rodzicami w góry. Było wspaniale. Robiliśmy zdjęcia, spacerowaliśmy po górach, paliliśmy ognisko, piekliśmy kiełbaski. Była wtedy piękna, słoneczna pogoda. Wróciliśmy z wycieczki zmęczeni ale szczęśliwi. Bardzo szybko przestałem mieszkać w domu rodzinnym. Gdy miałem 19 lat zamieszkałem w internacie. Było fajnie, ale pracownik socjalny obiecał, że załatwi mi miejsce w Domu Pomocy Społecznej. Nie musiałem na to długo czekać. W maju 2002 roku zamieszkałem w Domu Pomocy Społecznej w Zatorze. Bardzo mi się tam podobało a szczególnie piękny, duży ogród z fontanną. Czułem się w nim jak w raju. Jeździliśmy z kolegami na wycieczki m.in. do Kalwarii Zebrzydowskiej, Oświęcimia, Częstochowy. W Zatorze czułem się dobrze przez kilka miesięcy, później przyszedł kryzys. Wszystko mnie denerwowało, czułem się źle więc uciekłem. Napisałem prośbę o zmianę domu i udało się. Następnie trafiłem do Domu Pomocy Społecznej w Bobrku, gdzie mieszkam do dzisiaj. Początki były ciężkie, ale pani Kasia, moja opiekunka, odmieniła moje życie, pokazała mi, że warto żyć i dała mi nadzieję na lepsze jutro. Jestem teraz pod stałą opieką neurologiczną i psychiatryczną i czuje się świetnie. Bardzo kocham cały personel pracujący w domu, w którym mieszkam. Mój pokój dzielę z kolegą - Andrzejem, którego bardzo lubię i dobrze się czuję w jego towarzystwie. Jeździmy razem na rowerach, gramy w piłkę nożną, chodzimy na spacery, na zakupy do sklepu. Razem z kolegami jeździmy na wycieczki, do kina, na zawody sportowe, na basen. Latem wyjeżdżamy na turnusy rehabilitacyjne, głównie w góry. Mamy także zespół muzyczny, w którym śpiewam. Nazywamy się "Bobrowiacy" i wspólnie występujemy na corocznych dożynkach, zabawach. Jeździmy także na festiwale. Rok temu byliśmy w Brodnicy i było bardzo fajnie. Jeżdżę także na Warsztaty Terapii Zajęciowej, na których uczę się nowych umiejętności. Najbardziej lubię pracownię plastyczną, którą prowadzi pani Magda. Na zajęciach uczymy się malować obrazy, a najlepsze prace wysyłamy na konkursy, na których zdobywamy nagrody. Ja ostatnio zdobyłem nagrodę, którą byłem odebrać aż w Warszawie. Najbardziej lubię malować zwierzęta, ptaki i anioły. Chodzę również na zajęcia z krawiectwa, które prowadzi pani Aneta. Po raz pierwszy w życiu nauczyłem się przyszywać guziki. Na początku było ciężko, ale dałem rady. Teraz robimy na przykład baranki wielkanocne i szyjemy kolorowe poduszki. Lubię także pracownię muzyczno - teatralną, którą prowadzi pani Ania. Na zajęciach uczymy się śpiewać, gramy różne sztuki, uczymy się ról na pamięć a przede wszystkim uczymy się zachowywać na scenie i występować przed publicznością. Warsztatom zawdzięczam też to, że spotkałem na nich moją miłość. Moja dziewczyna ma na imię Dorotka i jest wspaniała. Bardzo ją kocham. Dzisiaj mogę w końcu powiedzieć, że jestem szczęśliwy. Choć moje życie nie było łatwe, teraz jest już dobrze i myślę, że to się już nie zmieni.


powrót do spisu treści


Halina Broniszewska

Pomarańcze


 

          Wykupuję pomarańcze
          Rozkładam je na dywanie i jak waż tańczę
          Podnoszę nogi z lekka z radia płynie bluesowa piosenka
          Podrzucam pomarańcze w ręku
          Razem z piosenkarzem zatracam się w jęku
          Odrzucam pomarańcze
          Solo optymizmu gasząc radio tańczę
          Podkładam sobie nogę
          Włączam radio, bez niego żyć nie mogę
          Po chwili nie śpiewam, nie tańczę
          Chcę jeść pomarańcze

 


powrót do spisu treści


Marek Bromnik

Lustrzane odbicie


 

          Codziennie rano spogladam w lustro
          Patrzę na świat i szukam odpowiedzi
          Powiedz mi Oazo Próżności
          Ile we mnie mnie samego siedzi...?
          Ile jest we mnie dumy, pychy, a ile pokory
          Powiedz mi, Przyjacielu Szklany
          Kończąc kłótnie, spory...
          Czy kiedyś po latach, patrząc w swe odbicie
          Będę mógł powiedzieć
          Żem godnie przeżył życie...?!

 


powrót do spisu treści


Barbara Dudek

Zaufanie


 

          Kto nie wyrusza w drogę
          nigdy nie odnajdzie tej właściwej
          nie martw się że pójdziesz złą drogą
          zawsze przecież można zmienić kierunek.

          Kto nikomu nie ufa, nigdy się nie dowie
          co znaczy być z kimś związanym
          czy też być częścia wspólnoty po tysiąckroć,
          lepiej nawet zawieść się na kimś
          niż żyć nikomu nie ufając.

          Kto sam zamyka się przed życiem
          oraz przed Bogiem i ludźmi
          ten będzie daremnie czekał na ich przyjście.

 


powrót do spisu treści


Sebastian Szarzyński

***

Nigdy nie zapomnę tego wspaniałego wyjazdu do Rabki Zdrój w góry. Na samą myśl jak już dowiedziałem się, że mam tam jechać, to szalałem z radości. Wyjazd ten był zorganizowany przez Środowiskowy Dom Samopomocy w Kowalu. Pojechałem tam z kilkoma uczestnikami DPS i dwójką opiekunów. Razem było nas szesnastu. W drogę ruszyliśmy dwoma samochodami. Ale że to był kawałek drogi, to co jakiś czas się zatrzymywaliśmy przy jakimś postoju, aby wyprostować nogi i odpocząć. W czasie podróży wydawało się dłużyć, ale kiedy się rozmawiało czas leciał bardzo szybko. Kiedy w końcu dojechaliśmy na miejsce każdy wziął swoje rzeczy i poszedł zajmować sobie pokój. Ja mieszkałem na ostatnim piętrze, a z okna były piękne widoki gór. Tam nie było czasu na nudzenie się, zawsze mieliśmy co robić. Jak byliśmy w domu to w wolnych chwilach graliśmy w tenisa, szachy, oglądaliśmy telewizję i odpoczywaliśmy. Co trzeci dzień była organizowana dyskoteka na której wszyscy się dobrze bawili. Było także zorganizowane ognisko, przy którym piekliśmy sobie kiełbaski i tańczyliśmy. Przyjechali także górale, aby dla nas zagrać i zatańczyć. Przy czym była bardzo miła i wesoła atmosfera rodzinna. W dzień wychodziliśmy kilka razy do pobliskiego parku na spacer oraz pograć trochę w piłkarzyki, bilarda oraz boxera w tamtejszym salonie gier. Jak spacerowaliśmy po tym parku bardzo podobały mi się mieszkające tam wiewiórki, które biegały po drzewach i trawie. Było ich tam bardzo dużo, bo zawsze, kiedy szliśmy to jakaś się pokazywała. W czasie tych dwóch tygodni w każdą niedzielę mieliśmy zorganizowaną jakąś wycieczkę. W pierwszą niedzielę pojechaliśmy do Zakopanego zwiedzić skocznię, na której skacze Adam Małysz. Później pojechaliśmy pochodzić po Krupówkach gdzie było bardzo ciekawie i interesująco, ponieważ można było zobaczyć i kupić wiele rzeczy zrobionych przez górali. Po czym ruszyliśmy na Gubałówkę. Gdy wjechaliśmy na górę to było to dla nas wspaniałe przeżycie, ponieważ stamtąd to dopiero są prawdziwe widoki na góry. A jak byliśmy z powrotem na dole to weszliśmy obejrzeć tamtejszy kościół. Dla mnie był on bardzo ciekawy, gdyż zrobiony z drewna i pięknie zaprojektowany. W następną niedzielę mieliśmy wycieczkę do Krakowa, tam obejrzeliśmy słynny Wawel, centrum Krakowa oraz Sukiennice. Kiedy odjechaliśmy z Krakowa ruszyliśmy do pięknego miejsca jakim jest Sanktuarium NMP w Łagiewnikach. Po czym pojechaliśmy do Wadowic gdzie zwiedziliśmy dom, w którym urodził się i wychował Jan Paweł II, to miejsce bardzo mi się podobało jak wszystko inne. To już chyba wszystko, co zapamiętałem z tamtego wyjazdu. Bardzo mi się podobał ten wyjazd, ponieważ byłem tam pierwszy raz i z tak dużą grupą. Myślę, że te dwa tygodnie utkwiły wszystkim w pamięci, ponieważ wszyscy się dobrze bawili i wiele zwiedzili. Często wracam myślami oraz rozmawiając z kolegami i koleżankami, którzy tam byli, o tym co tam się ciekawego działo i ile zwiedziliśmy.


powrót do spisu treści


Franciszek Bubrowski

Moja samotność


 

          Cisza - nie drżą osiki,
          Spokój ogarnia me ciało,
          Myśli splątane w sieci pajęczej,
          Oczy patrzą i patrzą zakochane.

          Drogi puste, smutne pokrzyżowane,
          Przy nich żelazny Chrystus cierniem odziany,
          Samotna ptaszyna usiadła na jego ramionach,
          Kwili i kwili bez natchnienia.

          Samotność nie łączy więzi z ciałem,
          Iskra nadziei zabłyśnie - oczekiwania,
          Splątane myśli, chwilowa radość zapomnienia,
          Milczenie pełne uroku - marzenia.

          Spadły okowy siłą mej woli,
          Zgaśnięte serce ożywia się powoli,
          Powróci rozkosz życia, śmiech i piosenki,
          Myśl wolna - moje ukojenie.

          Jak lekko oddycham, dusza marzy,
          Nikt myśli nie katuje,
          Potrafię wytrzymać sam z sobą,
          Stanę się nie męką, a przyjemnością i ozdobą.

 


powrót do spisu treści


Radosław Krupka

Przemijanie


 

          Odpływa czas, odchodzi w cień,
          i tak przemija nam dzień za dniem.
          Nie liczmy dni, nie liczmy lat,
          ważne by w sercu został ślad.

          Bo tylko to istotne jest,
          by każde słowo, każdy gest,
          wypływał z serca i duszy twej,
          by w czasie smutku było lżej.

          Nie smućmy się przyjaciół swych,
          nie omijajmy z dala ich.
          Nie zamykajmy serca bram,
          by nigdy nikt nie został sam.

 


 
Nie wzywaj mnie Boże

          Nie wzywaj mnie Boże zimą,
          ani w szarugę jesienną -
          tylko mnie zabierz do Siebie,
          w majową pogodę wiosenną.

          Gdy w pełnym będę zachwycie,
          nad dziełem Twoim, mój Boże -
          pęk kwiatow pachnących, wiosennych
          pod stopy Twoje położę!

 


powrót do spisu treści

Karol W.Filo
"Ziemia" / "Globe"

GALERIA O FUNDACJI AKTUALNOŚCI WOJCIECH TATARCZUCH STRONA GŁÓWNA

Webmaster: Justyna Kieresińska